W niedziele i święta: 1000 oraz 1215

W poniedziałki, wtorki, czwartki i soboy: 900

W środy i piątki: 1800

Godziny Mszy św. mogą ulec zmianie. Informacje na bieżąco umieszczane są w zakładce: Intencje mszalne.

KANCELARIA: czynna w środy i piątki od 1630 do 1730

Od 8 grudnia trwamy w Roku ku czci Św. Józefa - informacje, odpusty, modlitwy: zakładka boczna.

poniedziałek, 18 stycznia 2021

Boże zasady (Mk 2,18-22)

Młode wino - świeże bukłaki,
stare wino - trzymamy w starych.
Dla Boga milsze posłuszeństwo,
nad próżno składane ofiary...

(... ciąg dalszy w zakładce WIERSZE NASZEGO KSIĘDZA)

Adres:
ul. Św. Augustyna 7
84-250 Nadole
tel. 726 020 558 - KANCELARIA

e-mail: brak

ADWENT - codzienne duchowe przygotowanie do Narodzin Pana Jezusa

ŚWIĘTEJ RODZINY Jezusa, Maryi i Józefa

niedziela, 27 grudnia 2020

Do jednego z dużych sklepów z zabawkami w centrum miasta tuż przed urodzinami swego syna przyszło zapracowane małżeństwo. Zaczęli pośpiesznie czegoś szukać. Uprzejma ekspedientka zauważyła ich zakłopotanie i postanowiła im pomóc:

– Przepraszam, w czym mogę państwu pomóc?

– Widzi pani – zaczęła kobieta – jutro są urodziny naszego syna. Oboje z mężem ciężko pracujemy i całymi dniami jesteśmy poza domem. Chcielibyśmy kupić synowi coś, czym mógłby zająć się na dłużej i nie czuł się samotny.

Ekspedientka popatrzyła na elegancko ubrane małżeństwo, po czym spokojnym głosem powiedziała: – Przykro mi, ale rodziców nie sprzedajemy.

 

Trwamy w radości świąt Bożego Narodzenia. Z pewnością są to najbardziej rodzinne święta. Jezus, choć narodził się w ubogiej stajence, to miał kochających rodziców. Choć można mieć ogromne bogactwo, to jest coś, czego nawet za wszystkie pieniądze świata nie da się kupić. To kochająca rodzina. Dziś Niedziela Świętej Rodziny. Liturgia Kościoła daje nam za przykład najdoskonalszą rodzinę: Jezusa, Maryję i Józefa. Ich postawa jest drogowskazem, dokąd powinna podążać rodzina. Z Ewangelii dowiadujemy się, że Święta Rodzina udała się do świątyni jerozolimskiej. Tam pobożny mędrzec Symeon i prorokini Anna, widząc Jezusa, błogosławią Boga za Jego wielkie dzieła. A wszystko to dzieje się w świątyni – miejscu gdzie wypełnia się wiara. Święta Rodzina ukazuje ważną dla nas prawdę, że bez wiary rodzina nigdy nie będzie prawdziwie szczęśliwa, zaś bez Boga nie da się zbudować trwałego fundamentu rodzinnej miłości.

 

Wiara w rodzinie jest najcenniejszą rzeczą, jaką można przekazać dzieciom. Dzięki wierze rodziców dzieci otrzymują największy dar. Pewien francuski jezuita, o. Lucien Duval, twórca wielu religijnych piosenek, tak wspomina początek swojego powołania:

„W naszej rodzinie nie uczono nas pompatycznej pobożności. Dzień w dzień odmawiano w niej wspólnie wieczorem pacierz. Do końca życia będę pamiętał te chwile. Do dziś porusza mnie wspomnienie postawy mojego ojca. Zmęczony pracą na roli albo przy transporcie drzewa, klękał po kolacji na podłodze, opierał ręce na siedzeniu krzesła i ukrywał twarz w dłoniach. A ja myślałem sobie: oto mój mocny ojciec, który zawsze jest nieugięty, który kieruje całym domem, który nie boi się ani złych, ani bogatych – schyla głowę przed Panem Bogiem. Tak, Bóg musi być wielki, jeśli mój ojciec przed nim klęka, ale i bardzo bliski, jeśli mój ojciec z Nim rozmawia”.

 

Złożone ręce ojca czy matki do modlitwy to najpiękniejsze kazanie, jakie można wygłosić dzieciom. Niekiedy zastanawiamy się, dlaczego dziś dzieci gubią się w swoim życiu, tak często nie szanują rodziców, deptane są przez nich autorytety. Odpowiedź jest jedna. Kiedy brakuje wiary w rodzinach, modlitwy rodziców, wspólnego przeżywania Eucharystii, jest to prosta droga do zagubienia. Święta Rodzina pyta nas dziś, jakie są nasze wartości, na których budujemy nasze życie. Widzimy, jak rodzice troszczą się o swoje dzieci, aby im nic nie zabrakło, aby zdobyły dobre wykształcenie, aby później miały dobrą pracę... I słusznie. Ale czy w tym wszystkim jest jeszcze miejsce dla Pana Boga?

 

Jeden z założycieli Stanów Zjednoczonych Patrick Henry po sporządzeni testamentu powiedział:

„Zapisałem wszystko, co posiadam mojej rodzinie. Jest jeszcze jedna cenna wartość, którą chciałem im przekazać. Tą wartością jest wiara w Chrystusa. Jeśli moja rodzina posiadałaby wiarę i nie otrzymałaby ode mnie nawet jednego centa, to i tak byłaby bogata. Gdybym zaś przekazał im wszystkie bogactwa, a nie przekazał wiary, byłaby najbiedniejsza na świecie”.

 

Dziś warto zadać sobie pytanie: Jak wygląda moja rodzina? Co przekażę w mojej rodzinie dzieciom? Bo takie będzie nasze społeczeństwo, jakimi wartościami ubogacimy nasze dzieci. Wiara ma swój początek w rodzinie i w domu. Tak będzie ona wyglądała, w jaki sposób zostanie ona przekazana przez ojca czy matkę. Nie tak dawno byliśmy świadkami, jak młodzież w wulgarny sposób wykrzykiwała na ulicy hasła sprzeczne z prawem Bożym. Czy chcemy, aby dzieci i młodzież na wartościach sprzecznych z moralnością i wiarą budowały swoje życie? Nie musi tak być. Ale najpierw trzeba powrócić do korzeni, dobrych zwyczajów, że rodzina klękająca razem na modlitwę to nie relikt przeszłości, ale normalność. Jak pisała św. Urszula Ledóchowska: „Kto daje dzieciom Boga, daje im wszystko. Kto nie daje Boga, nie daje im niczego”. Nie bójmy się zatem i nie wstydźmy się dawać dzieciom tego największego daru, jakim jest wiara w Boga.

 

ROZWAŻANIA ADWENTOWE: o. Łukasz Baran CSsR

www. slowo.redemptor.pl

 

 

ŚWIĘTEGO SZCZEPANA, PIERWSZEGO MĘCZENNIKA - ŚWIĘTO

 

 

piątek, 26 grudnia 2020

 

Przeżywamy radosny i świąteczny czas Bożego Narodzenia. Jednak słowa dzisiejszej Ewangelii burzą jakby ten spokojny nastrój. Przesłanie Ewangelii, którą przed chwilą wysłuchaliśmy, może napawać nas pewną obawą. Dziś Pan Jezus mówi, że ci, którzy wierzą w Niego, będą za to w nienawiści u wszystkich. Ale kiedy patrzymy na historię chrześcijaństwa, to widzimy, że Kościół od zawsze był celem nienawiści. Religia, która niesie pokój, miłość i przebaczenie, jest atakowana przez nienawiść, zło, przemoc.

 

Mogłoby nam się wydawać jeszcze niedawno, że historie o prześladowaniach nas nie dotyczą. Że w kraju, w którym 90 procent ludzi uważa się za ochrzczonych katolików, nikt nigdy nie będzie w agresywny i wulgarny sposób przerywał Mszy Świętej czy dewastował ściany kościołów. A jednak wydarzenia, których byliśmy świadkami na przełomie października i listopada, pokazują nam, że słowa Jezusa z dzisiejszej Ewangelii również nas dotyczą.

 

Warto dziś postawić sobie pytanie, dlaczego Kościół jest atakowany i ośmieszany. Dlatego, że głosi prawdę, bo wzywa do przestrzegania Bożego prawa, dlatego, że sprzeciwia się aborcji, niszczeniu rodziny. Kościół jest prześladowany, bo nie może tolerować zła i jeśli jest za to prześladowany, to znaczy, że w swojej postawie ma rację, bo prawda zawsze jest prześladowana.

 

Któregoś razu podczas audiencji papież Pius IX zapytał jednego z księży: Jakie są przymioty wyróżniające prawdziwy Kościół Chrystusa? Zapytany odpowiedział: – Trzy, Wasza Świątobliwość: jeden, święty, katolicki.
– Tylko tyle? – zapytał papież.
– Jeszcze rzymski – dodał ksiądz.
– Nie, to nie jest cecha wyróżniająca Kościół – zareagował Pius IX. Ponieważ nikt nie wiedział, co wyróżnia prawdziwy Kościół Chrystusa, sam papież powiedział: – Powtórzę, co mówił sam Chrystus. Jest jeszcze jedna cecha Kościoła: prześladowany. Powinniście pamiętać o jego słowach do apostołów: Jeżeli mnie prześladowali, to i was będą prześladować.

 

Nauka Pana Jezusa po prostu porusza sumienie człowieka. Ewangelia jest znakiem sprzeciwu wobec grzechu, zakłamania, niesprawiedliwości i deptania ludzkiej godności. Prawda o moralnej odpowiedzialności za swoje czyny wywołuje niepokój w sercu człowieka, który żyje w grzechu i zakłamaniu. Człowiek – ogarnięty złem i grzechem – swym krzykiem i agresją pragnie zagłuszyć wyrzuty sumienia, które wzbudza w nim wszystko, co związane jest z Panem Bogiem i Kościołem.

 

Znany angielski pisarz i konwertyta Arnold Boon powiedział, że jedną z głównych przyczyn – obok łaski Bożej – która najbardziej przyciągnęła go do Kościoła katolickiego, była nadzwyczajna odwaga poszczególnych katolików. Imponowała mu szczególnie odwaga samego Kościoła. Tego Kościoła, który zawsze występuje w obronie swoich zasad, nie licząc się z atakami.

 

Bądźmy zatem wierni Kościołowi, którego świat nienawidzi. Może wydawać się to heroizmem, ale takie jest nasze chrześcijańskie powołanie, aby nie zmieniać się ze światem, ale by zmieniać świat.

 

 

ROZWAŻANIA ADWENTOWE: o. Łukasz Baran CSsR

www. slowo.redemptor.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

BOŻE NARODZENIE - UROCZYSTOŚĆ

 

piątek, 25 grudnia 2020

 

Słowo ciałem się stało... Dziś te słowa rozbrzmiewają w naszych kościołach. Nie tylko w tekście pięknej kolędy autorstwa Franciszka Karpińskiego „Bóg się rodzi”, ale przede wszystkim w słowach Prologu Ewangelii według św. Jana. Święty Jan używa greckiego słowa „logos”, aby wyrazić naturę duchową, jaką Jezus posiadał od wieków przed swym narodzeniem. Chrystus jest tym „Słowem”, przez które Bóg przemówił do człowieka. Jest to najważniejsze Słowo, które ukazuje nam, jak Bóg Ojciec ukochał człowieka. W piękny sposób wyraził to św. Augustyn, który mówił, że słowa Prologu Ewangelii według św. Jana powinny być wyryte na frontonach wszystkich kościołów. Nawet niektórzy pierwsi chrześcijanie zawsze nosili przy sobie słowa Prologu napisane na skrawkach pergaminu. W liturgii przedpoborowej na końcu każdej Mszy Świętej odczytywany był właśnie ten fragment. To wszystko mówi nam, jak te słowa są ważne dla nas wierzących.

 

Słowo Boże ma wielką moc. Bóg przez swoje słowo stworzył świat i przez swoje słowa kieruje historią zbawienia. Dlatego nie możemy przejść obojętnie obok Słowa, które wypowiada Bóg. Prolog Ewangelii św. Jana mówi nam, że z tego Słowa wypłynęło światło, aby rozświetlić mroki życia. Niestety, choć Słowo przyszło do swojej własności, swoi Go nie przyjęli. Człowiek pogrążony w ciemności wolał pozostać w mrokach życia niż w świetle ujrzeć prawdziwego Boga.

 

Bóg również daje nam wybór. Możemy przyjąć Boże Słowo albo je odrzucić. To od nas zależy wybór. Ale żeby to Słowo przyjąć, potrzebujemy się zatrzymać. Nie jest to takie łatwe. Dobrze mówi o tym wiersz pt. „Zapomnieć o Bożym Dzieciątku”:

Nastał grudzień, czas Bożego Narodzenia.

Ileż to krzątaniny, gorączkowego wrzenia,

Biegania po sklepach za różnymi sprawami.

Nerwowego deptania w kolejce za rybami.

Jak obyczaj każe, stół bogato zastawić,

Siano włożyć pod obrus, puste krzesło dostawić.

A Ty, Boża Dziecino, patrzysz wielce zdumiona na to,

Co się wyprawia w niektórych domach.

Czekasz opuszczona i smutno Ci niewymownie,

Że w świątecznym chaosie zapomniano o Tobie.

 

Bardzo łatwo przeżywać święta Bożego Narodzenia tylko zewnętrznie poprzez zwyczaje i piękne dekoracje. Widzimy nawet, że są społeczeństwa, w których nastąpiło oddzielenie świąt od narodzenia Jezusa, oddzielenie czasu świętowania od Jezusa. Obchodzą je tam prawie w jednakowy sposób chrześcijanie i niechrześcijanie, wierzący i niewierzący. Stosuje się przy tym symbole zastępcze: zamiast stajenki betlejemskiej jest zimowy krajobraz, anioły zostały zastąpione przez renifery, którymi powozi czerwony krasnal. Ludzie nie składają sobie życzeń z okazji Bożego Narodzenia, a życzą sobie wzajemnie wesołego okresu świątecznego. W Stanach Zjednoczonych podnoszą się nawet głosy oburzenia, że chrześcijanie chcą zawłaszczyć to święto. W imię neutralności światopoglądowej sądy potrafią nakazywać eliminowanie wyraźnie chrześcijańskich symboli bożonarodzeniowych z miejsc publicznych. Niestety katolików też to dotyka. Duży procent stwierdziło w niedawnej ankiecie, że w ich odczuciu przeżywanie świąt Narodzenia Jezusa nie odgrywa żadnej roli. Trzeba sobie zadać ważne pytanie: Czy spod tych wszystkich ludzkich „przybudówek” oraz „nadbudówek”, spod choinek i dziadków mrozów, świętych mikołajów i prezentów jest miejsce na to, aby w naszym życiu Słowo stało się ciałem, czyli by narodził się Jezus?

 

Słowo Boże ma moc. Ale tylko wtedy będzie działać w naszym życiu, jeśli my na to pozwolimy. Jeśli otworzymy się na to słowo, doświadczymy radości wypływającej z betlejemskiej stajenki. Spotkamy wtedy Jezusa, który przynosi na ziemię pokój i miłość, a Jego słowa mogą zmienić nasze życie.

 

Zapewne mamy w naszych głowach wspomnienie atmosfery wigilijnego stołu, kiedy dzieliliśmy się opłatkiem z najbliższymi, składając sobie nawzajem życzenia. Jest coś podniosłego w tym wigilijnym wieczorze. Tyle wypowiadamy wtedy dobrych i pięknych słów. Słowa mają swoją wartość. Są cenne, ważne i potrzebne w naszym życiu. Dobrych słów nigdy za wiele. Oby za nimi szły nasze czyny. Miłość i dobro potrafią zapalić. To atmosfera wigilijnego stołu pokazuje, że miłość i dobro potrafią poruszyć każdego. Jest w nas wiele wrażliwości. Nikt i nic nie potrafi nas tak bardzo zmienić, jak doświadczenie słowa, które stało się ciałem i zamieszkało między nami. Amen.

 

ROZWAŻANIA ADWENTOWE: o. Łukasz Baran CSsR

www. slowo.redemptor.pl

 

WIGILIA NARODZENIA PAŃSKIEGO

 

czwartek, 24 grudnia 2020

PASTERKA

 

Ponad dwa tysiące lat temu w Betlejem urodził się Jezus Chrystus. Słowo stało się Ciałem… Nikt poza rodzicami i pasterzami nie zauważył tego faktu. Życie toczyło się dalej, jak gdyby nic ważnego się nie wydarzyło. A jednak ten dzień zmienił historię świata. Spełniły się obietnice proroków. Na ziemię przyszedł oczekiwany Mesjasz, aby wypełnić obietnice pojednania i odkupienia.

 

Narodzenie Jezusa miało miejsce podczas spisu ludności. Cesarz August spisywał swoich poddanych, aby wiedzieć, jakie podatki nakładać na mieszkańców i ile legionów wojskowych wysłać do podbitego kraju. Ludzie podczas spisu byli bardzo zajęci. Jedni wędrowali wiele kilometrów do miejscowości swojego urodzenia, aby się zapisać, a inni mieli wiele pracy przy obsłudze gości, których obecność dawała okazję do zarobku. Ludzie byli zajęci swoimi doczesnymi sprawami. To zamieszanie i ten hałas, który wtedy panował, sprawił, iż ludzie nie potrafili zatrzymać się w ciszy, by usłyszeć dobrą nowinę o narodzeniu Zbawiciela.

 

Niesamowite jest działanie Boga w świecie – On działa niepozornie, po cichu. Mogłoby się wydawać, że nasz Zbawiciel Jezus Chrystus powinien narodzić się w pałacu i tam jako król wprowadzać dobre prawo i uskuteczniać Bożą sprawiedliwość. Bóg jednak przychodzi na świat niezauważony. Nie chce zmieniać świata przemocą, siłą, strachem. Wybiera dobroć, miłość, cierpliwość. Bóg właśnie przez to chce przekonać świat do siebie.

 

Są tacy, którzy uważają, że ludzie wrażliwi i dobrzy są słabi. Bóg ma jednak inne kryteria. Bóg ceni ludzką wolność i szanuje wybór człowieka. Taka jest logika Bożej miłości – dotrzeć do każdego człowieka, aby każdy z nas zobaczył, że Bóg przychodzi na świat jako bezbronne dziecko, bo nas kocha i chce naszego szczęścia.

 

Pokój, który przynosi na świat Nowonarodzony, jest darem, jaki Bóg chce ofiarować każdemu człowiekowi. Pierwszymi świadkami tego wielkiego daru byli prości pasterze. Zaproszenie anioła odczytują jako zachętę, aby zobaczyć wypełnienie się przepowiedni proroków. Na to wydarzenie od długiego czasu czekał lud. Pasterze byli świadkami tego, w jaki sposób wypełniają się wreszcie przepowiednie proroków o narodzeniu Mesjasza, który przyniesie pokój na ziemię.

 

Pokój przyniesiony przez to małe i bezbronne Dziecko ma wielką moc. Ta moc jest potężniejsza niż ludzka nienawiść. W pewnej podlubelskiej wsi w wigilijny wieczór 1942 roku przy stole gospodarza usiedli partyzanci Armii Krajowej. Nagle ktoś krzyknął: „Niemcy!” Partyzanci wybiegli z domu i otoczyli zaskoczonych wrogów. Nagle nieoczekiwanie jeden z Niemców rzucił na ziemię karabin, zdjął czapkę i przejmująco zaczął śpiewać kolędę „Stille Nacht” („Cicha Noc”). Reszta otoczonych podjęła śpiew, partyzanci podeszli do Niemców, zabrali im broń i zaczęli naradzać się, co z nimi zrobić. Wtem z domu wyszła gospodyni i rzekła: „Wiem, że wy, Niemcy, nikczemniki! Ale dziś nie wolno nienawidzić i największym wrogom trzeba darować. Chodźcie do chałupy! Wystraszeni Niemcy weszli do środka, usiedli nieśmiało z boku. Potem poproszeni przesiedli się do stołu wigilijnego. Gospodarz odmówił modlitwę, podzielił się opłatkiem z partyzantami, a potem także z Niemcami, mającymi łzy w oczach. Po spożyciu wieczerzy Niemcy zaczęli pokazywać zdjęcia swoich najbliższych, zaczęli mówić o lęku o nich z powodu bombardowania aliantów i lęku przed wysłaniem na front wschodni. Czas uciekał i w końcu coś należało z jeńcami uczynić. Znowu była narada. Gospodarze prosili partyzantów, by w tak święty wieczór puścić ich wolno. I tak się stało. Kilkanaście dni później ci sami Niemcy przyjechali na saniach pożegnać się z dobrymi ludźmi przed wyjazdem na front wschodni.

 

Dwa tysiące lat po narodzeniu naszego Zbawiciela Jezusa Chrystusa nasuwa się jedno pytanie. Dlaczego ludzie, a nawet całe społeczeństwa żyją tak, jak gdyby Jezus się nie narodził? Jak gdyby nie spełniły się proroctwa, że Słowo stało się Ciałem… I nie chodzi tylko o zewnętrzne przeżywanie świąt – bo przecież nastrój Bożego Narodzenia widzimy już przynajmniej od połowy listopada, a wystrój na ulicach, choinki i kolorowe lampki na każdym kroku przypominają nam o świątecznym czasie. Ale chodzi tu przede wszystkim o pokój i dobro, które mały Jezus przyniósł na świat, a których tak często nam brakuje. Wojny, ataki terrorystyczne, kłótnie polityczne i demonstracje, nienawiść sprawiają, że blask Bożego Narodzenia jakby nieco przygasa.

 

Ale w tym wszystkim jest coś, co przywraca nadzieję, że moc Bożego Narodzenia – przesłanie małego i bezbronnego dziecka trwa dalej. Tym znakiem są wszyscy, którzy mimo trudnych warunków panującej pandemii przystąpili do konfesjonału, przychodzili na roraty, dzielili się, jak mogli i potrafili, życzliwością i dobrem. I te rzeczy świadczą, że Boże Narodzenie to nie tylko historyczne wspomnienie, ale że Jezus narodził się naprawdę i od tego momentu przychodzi do naszego codziennego życia.

 

Święty Alfons Liguori, założyciel redemptorystów, pisał, że „jest rzeczą niemożliwą, brać udział w radości Bożego Narodzenia, a nie zbliżyć się do maleńkiego Jezusa, nie podziwiać Jego miłości nieskończonej, nie przyrzec Mu odwzajemnienia i wierności”. Tak jak Jezus, który się narodził, aby ogłosić pokój, tak i my wybaczmy tej osobie, do której mamy nienawiść. Bierzmy przykład z Jezusa, który z pokory uniżył się, rodząc się w stajence. Odrzucając swoją dumę, powiedzmy słowo „przepraszam” wobec tego, którego słowem dotknęliśmy. Niech Miłość, która przyszła na świat dwa tysiące lat temu, na nowo go zmieni. Niech w naszych rodzinach i sąsiedztwie zapanuje pokój, bo nie da się wobec faktu narodzin Zbawiciela żyć, jak gdyby nic się nie stało. Miłość bezbronnego i małego Dziecka zmienia świat.

 

 

 

ROZWAŻANIA ADWENTOWE: o. Łukasz Baran CSsR

 

www. slowo.redemptor.pl

 

 

CZWARTY TYDZIEŃ ADWENTU Rok B, I

(Patronowie Adwentu: Prorok Izajasz, Święty Jan Chrzciciel, Święty Józef oraz Niepokalana Dziewica Maryja)

Ewangelia dzisiejsza jest widoczna na stronie głównej naszej str. internetowe.

 

środa, 23 grudnia 2020

Człowiek – dar Boga

 

Czasem można mieć wrażenie, że świat naprawdę zwariował! Są ludzie, którzy tak bardzo pragną mieć potomstwo, że są gotowi zrobić wszystko – nawet pójść do kliniki, poddać się różnym (podobno mało przyjemnym) zabiegom, byleby tylko otrzymać dziecko niejako „na zamówienie” i zostać rodzicami. Inni znowu tak bardzo nie chcą dziecka, że gotowi są je uśmiercić, zanim opuści łono matki. Wtedy to dziecko przestaje już być traktowane jako dar Boga dla rodziców – ludzie chcą zadecydować sami, czy i w jaki sposób zostaną rodzicami.

 

Jak trudne do zrozumienia może być dla wielu dzisiejszych ludzi zachowanie rodziców Jana Chrzciciela i całego ich otoczenia?! Elżbieta i Zachariasz stają się rodzicami, chociaż kobieta uchodzi za niepłodną. Wydaje ona na świat syna, a sąsiedzi i krewni widzą w tym owoc działania Boga, który jest miłosierny. Wszyscy się radują z narodzin Jana i wielbią Boga.

 

Elżbieta i Zachariasz zapewne pogodzili się z tym, że pozostaną bezdzietnym małżeństwem. Wiedzieli, że nie muszą zostać rodzicami. A jednak syn przychodzi na świat. To dziecię nie jest z pewnością dla nich kłopotem, gdyż widzą w nim Boży dar. Samo imię Jan o tym mówi, ponieważ znaczy ono: Bóg okazał się łaskawy. A skoro człowiek przychodzi na świat i to jeszcze w niecodziennych okolicznościach, to na pewno Bóg ma wobec niego jakiś plan. Dlatego ludzie pytają: Kim stanie się ten chłopiec?

 

Historii narodzin Jana towarzyszy zadziwienie, radość i wdzięczność względem Boga za Jego miłosierdzie. Tak reagują ludzie, którzy patrzą na siebie, na swoje życie i otaczającą ich rzeczywistość oczami wiary. Wiara wyraża się nie tylko w tym, że człowiek zwraca się ku Bogu, ale wiara pozwala człowiekowi postrzegać świat z Bożego punktu widzenia. Wierzyć to patrzeć Bożymi oczami; wiara jest uczestnictwem w Jego sposobie patrzenia (Lumen fidei, 18). To wiara sprawia, że człowiek widzi w drugim człowieku – nawet w tym najmniejszym, jeszcze nie narodzonym – dar Boga i kogoś, kto ma na tym świecie ważne zadanie do wypełnienia. Bóg posyła ludzi na świat, aby go zmieniali, napełniając dobrem i pięknem.

 

Czy nie warto przyswoić sobie tę ufność, z którą postaci z dzisiejszej Ewangelii podchodzą do narodzin Jana? Czy nie warto przejąć ich spojrzenie pełne wiary na świat i na ludzi, by w każdym człowieku – nawet w tym, który dopiero ma się narodzić – zobaczyć dar Boga dla rodziców oraz dla świata i zapytać: Kim będzie to dziecko?

 

Kto nie zna włoskiego tenora Andrei Bocellego i jego przeboju Time to say goodbye? Pieśni i arie operowe w jego wykonaniu podbijają serca słuchaczy na całym świecie. Gdy Andrea był jeszcze pod sercem matki, ta znalazła się w szpitalu z bólami brzucha. Lekarze powiedzieli jej wtedy, że dziecko będzie niewidome. Przekazując tę informację, sugerowali przeprowadzenie aborcji. Kobieta zdecydowanie odmówiła.

 

A gdyby lekarze postawili sobie pytanie: Kim będzie to dziecko?, czy mogliby równocześnie myśleć o tym, by odebrać mu życie? A gdyby matka Andrei nie widziała w nim daru Bożego i uległa namowom lekarzy, jak ubogi byłby wtedy świat pozbawiony piękna jego głosu?

 

Na jednej z pocztówek można przeczytać słowa: Każde narodziny dziecka to znak, że Bóg jeszcze „nie zmęczył się” człowiekiem. Każde dziecko przychodzące na świat to Jego dar. Już to nienarodzone jest wpisane w Boży plan i ma ważne zadanie do wypełnienia. Niech narodzinom każdego człowieka towarzyszy taka radość, z jaką przyjmowano przychodzących na świat Jana Chrzciciela i naszego Zbawiciela, Jezusa Chrystusa!

 

ROZWAŻANIA ADWENTOWE: o. Ryszard Hajduk CSsR

www. slowo.redemptor.pl

 

 

wtorek, 22 grudnia 2020

Magnificat – radosne uwielbienie Boga

 

Wielu ludzi narzeka, że wszechobecne restrykcje, zakazy i nakazy ich przygniatają. Atmosfera wypełniona strachem odbiera im radość życia. W skrajnych przypadkach ludzie izolują się od innych, barykadują drzwi, ubierają kombinezon i jedzą pokarm dla astronautów, a potem wielu z nich umiera w samotności. Nawet młodzież traci poczucie sensu życia. W tym roku co czwarty student w Stanach Zjednoczonych myślał o samobójstwie.

 

Tuż przed świętami Bożego Narodzenia rozbrzmiewa w kościołach pieśń Maryi Magnificat – wielbi dusza moja PanaMatka Syna Bożego, pełna radości wielbi Boga za niepojęty dar, za „wielkie rzeczy”, które uczynił jej Stwórca. Dlatego śpiewa: „Raduje się duch mój w Bogu, Zbawicielu moim”.

 

Co jest źródłem tej radości? To dobra nowina o przyjściu na świat Zbawiciela, który udręczonej ludzkości przywróci nadzieję na szczęśliwą przyszłość. Maryję ogarnia radość, bo napełnia ją Duch Święty, a radość to owoc Jego obecności. Maryję napełnia radość, gdyż jest tak blisko Pana – nosi Go pod sercem.

 

I nic Maryi tej radości nie odbierze: ani trud związany z misją, którą ma do wypełnienia; ani pogarda, która może ją spotkać, gdyż jako niezamężna kobieta spodziewa się dziecka; ani podróż w nieznane w stanie błogosławionym; ani perspektywa cierpienia, która wkrótce się przed nią odsłoni, gdy usłyszy: „Twoją duszę przeniknie miecz…”.

 

Czy ta atmosfera radości, wniesiona dzisiaj do kościoła przez Maryję nie jest dla nas czymś obcym? Bombardowani stale kasandrycznymi wizjami martwimy się przecież o naszych bliskich. Jak mamy się radować, gdy przygnębia nas fakt, że nie wszyscy zasiądziemy razem przy wigilijnym stole? Gdy pełni niepokoju roztrząsamy, kogo z naszej rodziny zaprosić dziś na wigilię, a kogo nie?

 

Tak, to prawda, że w dzisiejszych okolicznościach niełatwo być radosnym. Ale czy i my nie mamy dostępu do tego samego źródła, z którego radość czerpie Maryja? Przecież i my słyszymy dobrą nowinę o przyjściu Jezusa – Mesjasza i Zbawiciela na świat. My też zostaliśmy napełnieni Duchem Świętym, my też jesteśmy blisko Jezusa. Czy nie może stać się to dla nas źródłem prawdziwej radości?

 

Kilka lat temu można było zobaczyć w Internecie zdjęcia uśmiechniętej, promieniującej szczęściem siostry Cecylii, karmelitanki z Santa Fe (Argentyna). Rozpromieniona, pogodna twarz siostry zakonnej zwykle nie budzi dziwienia. Jednak w przypadku tej młodej zakonnicy chodziło o coś szczególnego. Była to bowiem twarz 42-letniej kobiety, umierającej w wielkich boleściach na raka płuc. Osoby towarzyszące siostrze Cecylii w dniach choroby opowiadały, że radość i pokój promieniowały nie tylko z twarzy karmelitanki, ale z całej jej postawy. Gdy w ostatnich dniach życia nie mogła już mówić, jej gesty wyrażały żar serca i wdzięczność dla tych, którzy o nią się troszczyli i za nią się modlili. Tak bije serce człowieka, który karmi się słowem Ewangelii, daje się prowadzić Duchowi Świętemu i żyje w intymnym zjednoczeniu z Jezusem.

 

Czy może więc nam coś odebrać radość płynącą z przyjęcia Ewangelii o Synu Bożym i Zbawicielu świata? Czy coś może nas pozbawić tej radości, którą napełnia nas Duch Święty i bliskość Jezusa? Jak mówi prorok Habakuk: „Choć drzewo figowe nie rozwija pąków i winnice nie wydają plonów, choć zawiodły zbiory oliwek, a pola nie przynoszą żywności, … ja się jednak rozraduję w Panu i rozweselę się w Bogu, Zbawicielu moim”. Wtedy razem z Maryją w czasie niepewności i udręczenia mogę śpiewać w duszy i na cały głos: „Wielbi dusza moja Pana!”.

 

ROZWAŻANIA ADWENTOWE: o. Ryszard Hajduk CSsR

www. slowo.redemptor.pl

 

 

 

poniedziałek, 21 grudnia 2020

Gdzie znaleźć szczęście?

Gdy gra radio, można czasem usłyszeć słowa piosenki: Wszyscy tak pragniemy szczęścia To prawda. Chcemy być szczęśliwi. Lecz w czym znajdziemy szczęście? Podobno źródłem szczęścia jest optymizm. Wystarczy wtedy mieć przekonanie, że wszystko się ułoży. Szczęśliwym może być też człowiek, który nie uważa się za skrzywdzonego przez innych albo niesprawiedliwie potraktowanego przez los. Szczęście jest także udziałem tych, którzy mają obok siebie kogoś bliskiego, serdecznego, kochającego.

 

Okazuje się jednak, że jest jeszcze jedno ważne źródło szczęścia. To wiara w Boga. Ilu takich ludzi można spotkać, którzy wiedzą, że nie ma dla nich uleczenia z choroby, a są szczęśliwi? Ilu ludzi cierpi niesłusznie, a mimo to nie załamuje rąk nad swoim losem? Ilu ludzi doświadcza zdrady, odrzucenia i pogardy, ale nie traci szczęścia? Poczucie celu, które wypływa z wiary, prowadzi do szczęścia. Gdy człowiek wie, że jest ktoś większy od niego, kto ma w ręku cały świat i jego życie, znajdzie prawdziwe szczęście. Nie będzie to chwila zadowolenia, gdyż akurat uzyskał awans zawodowy albo uśmiechnął się do niego los na loterii. Nie, to ciągła świadomość życia w bliskości Boga, który go prowadzi, porusza do działania i podtrzymuje w dobrem.

 

O szczęściu jest także dzisiaj mowa w Ewangelii. Elżbieta dwa razy nazywa Maryję szczęśliwą, gdy Ta przybywa do niej w odwiedziny. Maryja jest błogosławiona, czyli szczęśliwa. Najpierw dlatego, że nosi pod sercem Jezusa – błogosławiony owoc Jej łona. Maryja jest szczęśliwa, gdyż przyjęła słowo Boże z wiarą. Elżbieta wiedziała, że Maryja uwierzyła obietnicom anioła; gdy nazwała Ją Matką Pana, wyznała, że Maryja nosi w swym łonie Odkupiciela ludzkości; a kiedy prorokowała, że wszystko się dokona, widziała już to, co ma nastąpić w przyszłości.

 

Maryja jest szczęśliwa, gdyż wierzy w Boga i wierzy Bogu. To On wyznacza kierunek całemu Jej życiu, a Ona powierza Mu się z pełną ufnością. Jej wiara staje się fundamentem, na którym może się oprzeć. Wiara daje Maryi moc, by bez lęku wypełniać misję, którą powierzył Jej Bóg. Wierna Bogu i zjednoczona ze swoim Synem przeżywa i akceptuje wszystko, gdyż Jej życie ma cel, a jest to cel tak wielki, że usprawiedliwia trud drogi (Spe salvi, nr 1).

 

Poczucie celu, które wypływa z wiary, prowadzi do szczęścia. Maryja pokazuje, co jest celem życia chrześcijańskiego – żyć w obecności Boga, służyć Mu i nieść Go ludziom. Tak swoje zadanie życiowe pojmowała również święta Teresa z Kalkuty. Cały czas była skupiona na rozpoznawaniu Jezusa w swoim życiu i wypełnianiu woli Bożej. Kiedyś Matka Teresa powiedziała: „Nie sądzę, żebym miała jakieś szczególne cechy. Nie żądam niczego za swoją pracę. To Jego praca. Jestem jak mały ołówek w jego dłoni. On myśli. On pisze. Ołówek nie ma z tym nic wspólnego. Ołówek ma tylko jedno zadanie do wypełnienia – pozwolić sobą pisać”. W ten sposób odnalazła szczęście – żyć w obecności Boga i służyć Mu.

 

Wszyscy tak pragniemy szczęścia… A ono wcale nie jest tak daleko od nas. Przecież Bóg ciągle nas szuka i wychodzi nam naprzeciw. Możemy trwać w Jego obecności na liturgii, w czasie adoracji Najświętszego Sakramentu i rozważając Słowo Boże. On także jest zawsze w naszym wnętrzu, w głębi duszy – jak mówi św. Augustyn, żałując przy tym, że tak późno to odkrył. Zjednoczeni z Nim nieśmy Go ludziom jak Maryja!

 

ROZWAŻANIA ADWENTOWE: o. Ryszard Hajduk CSsR

www. slowo.redemptor.pl

 

niedziela, 20 grudnia 2020

Temat. Zwiastowanie: milczenie, słuchanie, stawianie pytań, ufna odpowiedź

Przez ostatnie trzy niedziele Adwentu przyglądaliśmy się naszemu życiu pod kątem pewnych słów-kluczy, które – mniej lub bardziej –wyłaniały się z tekstów liturgii słowa, zwłaszcza z Ewangelii. Była więc postawa czuwania, nawrócenia, gotowość do bycia posłanym i do bycia głosem, a także gotowość do oddania własnego życia.

Dziś pochylamy się nad tekstem Ewangelii przeznaczonej na czwartą niedzielę Adwentu. To dobrze nam znana scena zwiastowania. Wydaje się, że scenie tej towarzyszą pewne rzeczywistości, które z pewnością każdy z nas mógłby zaadaptować do własnego życia.

 

Warto w tym miejscu nadmienić, że zwiastowanie jest w sposób symboliczny odnoszone do procesu dojrzewania w wierze, aby chrześcijanin, który słyszy zwiastowane mu przez Kościół słowo i zawierza mu, poprzez czas uczenia się we wspólnocie (możemy porównać to z okresem „ciąży”) przygotowuje się do „narodzin Chrystusa” – kiedy jego życie stanie się upodobnione do Syna Bożego. W scenie zwiastowania zarysowują się rzeczywistości, które trzeba w tym miejscu uwypuklić jako wskazówki dla nas dzisiaj w przyjmowaniu słowa.

 

Po pierwsze, Maryja była usposobiona do przyjęcia słowa. Jeśli chodzi o usposobienie wewnętrzne, wiemy, że jest Niepokalanie Poczęta, a więc w swej naturze, nienaruszonej przez grzech, jest gotowa, by doskonale wejść w Boży plan zbawienia. Jej bycie Niepokalaną czyni Ją zdolną, by oddać się Bogu do dyspozycji. Usposobienie zewnętrzne to – jak się wydaje – pewien kontekst ciszy. Wyczuwamy niejako „podskórnie”, że Pan Bóg umiłował ciszę, jest ona związana z łagodnością i pokorą. Wydaje się więc, że koniecznym jest, aby szukać i tworzyć w naszym życiu takie przestrzenie ciszy i zadumy. Zresztą już samo „zwykłe” życie chrześcijańskie, jeśli podchodzimy w sposób dojrzały do tego powołania, obfite jest w takie momenty ciszy. Będzie to przede wszystkim modlitwa, która zakłada przecież wyszukanie sobie dogodnych warunków ciszy, by wejść w dialog z Bogiem, Maryją i świętymi. Na pewno w człowieku chcącym uczynić z wiary główny aspekt swojego życia, pojawi się pragnienie adoracji Najświętszego Sakramentu. Coraz częściej – dzięki właściwemu odczytywaniu znaków czasu przez duszpasterzy – tworzone są kaplice wielogodzinnej adoracji, gdzie w klimacie ciszy można trwać przed Panem, nasłuchując Jego głosu. Uczestnictwo w Mszy św. również przewiduje krótkie momenty ciszy – szczególnie po czytaniach i homilii oraz po przyjęciu Komunii św. Od nas więc w dużej mierze zależy, na ile zanurzamy się w ciszy. W obliczu natłoku dźwięków w naszym coraz głośniejszym życiu, warto wyszukiwać również we własnym domu chwil wyciszenia. Może niekoniecznie wszystkiemu, co robimy, musi towarzyszyć zawsze dźwięk i obraz...

 

Archanioł Gabriel przybywa do Maryi, wkraczając niejako w Jej codzienność. To bardzo ważny element odnoszący się do naszego życia. Pan Bóg chce objawiać nam swoją wolę, bazując na naszej codzienności, na konkrecie życia. W tym sensie Nazaretem jest moje „dzisiaj”. Nie ulegajmy pokusom poszukiwania nadzwyczajnych okoliczności działania Pana Boga. On kocha zwyczajność i mówi do nas pośród codziennej krzątaniny. My ze swej strony uczyńmy dla Niego przestrzeń poprzez właściwe usposobienie serca.

 

Drugim elementem jest gotowość słuchania. Wynika ona niejako naturalnie z uprzedniej rzeczywistości ciszy i milczenia: możliwym jest wówczas usłyszenie głosu. Maryja jako służebnica Pańska wsłuchuje się w słowo Bożego posłańca. Słuchanie jest postawą właściwą komuś, kto jest pokornym, kto przyjmuje postawę ucznia, kto wie, że nie posiada wystarczająco wiedzy, aby kroczyć przez życie. Zwróćmy uwagę, że klasyczny model wychowawczy, który sprawdza się od wieków, polega właśnie na tej relacji: mistrz i uczeń. Mistrz, który wie, i uczeń, który nie wie (i ma prawo nie wiedzieć). Nabywa zaś wiedzy i doświadczenia, będąc posłusznym (słuchając i wypełniając) temu, co się mu nakazuje. Ufa swemu mentorowi, składa niejako swoje życie w jego ręce.

 

Również na naszej drodze wiary ta dynamika jest kluczowa. Pewnym ideałem jest ukształtowanie w sobie takiej postawy ucznia, który jest skłonny do słuchania i posłuszeństwa. Poszczególne lata inicjacji chrześcijańskiej – przystępowania do poszczególnych sakramentów – powinny mieć ten właśnie charakter: uczyć człowieka słuchać, pomagać mu interpretować Boże słowo w odniesieniu do własnego życia; żywa relacja z Bogiem, przylgnięcie do Niego poprzez modlitwę i liturgię oraz doświadczenie wspólnoty, sprawiają, że rodzi się w nas zaufanie, a więc w konsekwencji również zrozumienie, że Boże wymagania, że posłuszeństwo jest dla człowieka DOBRE. To posłuszeństwo odnosi się również do tego, czego naucza nas Kościół.

 

Wydaje się, że dziś problem z posłuszeństwem nauczaniu Kościoła (czy też jego wybiórczym traktowaniem) związany jest z brakiem żywotnej relacji z Bogiem jako Osobą. A nie można zawierzyć swego życia komuś, kogo się nie zna, nie kocha, nie ufa. Nakazy Kościoła – same w sobie dobre, pożyteczne i potrzebne człowiekowi – aby mogły być przyjęte i w pewnym sensie pokochane, muszą bazować na doświadczeniu relacji z Bogiem-Miłością.

 

Kolejną postawą (trzecią), której uczy nas Maryja, to zdolność stanięcia w prawdzie o sobie, o tym, że nie znam męża – czyli, że są takie rzeczywistości w naszym życiu, które nas przerastają. Nie bójmy się stawiać Bogu pytania: Jakże się to stanie? Mamy prawo nie widzieć w sobie siły, ale niech będzie w nas też ufność, że Boża moc może tego dokonać.

 

Szczere stawianie pytań, to – wraz ze słuchaniem – oznaka pokory, uznania swej niewystarczalności. Nasza wiara wzmacnia się dzięki tej postawie, ponieważ możemy doświadczać, że jest Ktoś, kto prowadzi nasze życie, że istnieją horyzonty, których nie dostrzegamy, a Pan Bóg, gdy na to pozwalamy, prowadzi nas ku nim. Nie ulegajmy pokusie ograniczania się do naszego uporządkowanego i przewidywalnego „światka”. Każde Boże wezwanie jest zawsze jakimś wykroczeniem „poza”, jest drogą, która ukazuje nowość i uruchamia drzemiący w nas potencjał złożony przez Stwórcę.

 

Stawianie pytań, czyli w pewnym sensie ukazywanie własnej „niedoskonałości”, jest również dobrym lekarstwem na pychę naszych czasów, na znormalizowanie stosunków międzyludzkich. Wobec ciągłej rywalizacji i promowania nienaturalnych „ludzi bez skazy”, chrześcijanie, którzy akceptują swoje limity i umieją prosić o pomoc, czynią ten świat bardziej ludzkim (jakiś dziwny chłód powiewa z wizji wytworzonego przez człowieka świata bezbłędnego, wysterylizowanego, bez jakiejkolwiek niedoskonałości). Wiedzą również, że o ich wartości nie decyduje brak błędów, lecz głęboko w sercu zakorzeniona prawda o byciu kochanymi przez Boga.

 

I na końcu przychodzi czas na odpowiedź daną Bogu. Maryja mówiAmen  Fiat, czyli Niech mi się stanie tak, jak chcesz Ty. Godzi się na Boży plan, mając oparcie jedynie (i aż) w Bożej obietnicy. Nie ma pojęcia, jaka będzie jej przyszłość. Ma jedynie głębokie przeświadczenie, że nie pozostanie sama, że to doświadczenie Nazaretu będzie Ją niosło przez całe życie, w momentach jasnych i ciemnych: ponieważ Bóg czyni zawsze i wszystkie rzeczy dobre. Historia życia każdego z nas, jeśli tylko pozwalamy się prowadzić Bogu, jest również dobra i wszystko w niej ma swój sens. Maryja uczy nas, aby bezwarunkowo ufać, nie kalkulując „za i przeciw”. Niech scena zwiastowania stanie się dla każdego z nas pewnym wzorem w poszukiwaniu Bożej woli: szukajmy ciszy, nasłuchujmy, bez lęku pytajmy i mówmy „tak” na to wszystko, czego On od nas zapragnie.

 

ROZWAŻANIA ADWENTOWE: o. Sylwester Pactwa CSsR

www. slowo.redemptor.pl

 

 

 

 

 

TRZECI TYDZIEŃ ADWENTU Rok B, I

(Patronowie Adwentu: Prorok Izajasz, Święty Jan Chrzciciel, Święty Józef oraz Niepokalana Dziewica Maryja)

Ewangelia dzisiejsza jest widoczna na stronie głównej naszej str. internetowe.

 

sobota, 19 grudnia 2020

Cudowne działanie Boga

Rodzice, którzy spodziewają się dziecka, wiedzą najlepiej, co znaczy radość oczekiwania na jego narodziny. Jednak coraz więcej par małżeńskich nie może począć nowego życia. Tylko oni mają świadomość, jaką tragedią jest przedłużające się czekanie, słabnąca z każdym dniem nadzieja przechodząca w bunt lub rezygnację. Ci jednak, którzy po długim oczekiwaniu zostają obdarowani darem rodzicielstwa, mówią: „To cud”. Rozumieją, dlaczego o kobiecie oczekującej dziecka mówiło się, że jest w „stanie błogosławionym” lub „przy nadziei”.

 

Dzisiejsze czytanie z Księgi Sędziów ukazuje nam historię takiego długo oczekiwanego dziecka – Samsona, który miał wybawić Izraelitów od prześladowań Filistynów. Już sam sposób jego przyjścia na świat pokazuje, że należy do Bożych wybrańców. Narodził się bowiem z kobiety, która uważana była za niepłodną. Ewangelista św. Łukasz również opisuje przyjście na świat dziecka z niepłodnej matki – Jana Chrzciciela. Jego narodziny poprzedzone są z kolei szczególnym znakiem. Kapłanowi Zachariaszowi, który ma zostać ojcem, trudno było uwierzyć, dlatego zostaje odjęta mu mowa aż do chwili narodzin syna.

 

Warto pamiętać, że już w najbardziej odległych dziejach Starego Przymierza Bóg okazuje swoją moc, wyzwalając rozmaite kobiety z ciężaru niepłodności, a tym samym przygotowuje dziewicze poczęcie Jezusa jako wydarzenie zbawcze. Te cudowne wydarzenia jednoznacznie potwierdzają, że nie jest niemożliwe, aby za sprawą działania ludzkiego został przekroczony porządek naturalnych ograniczeń, na które człowiek napotyka. To jednak, co jest przeszkodą dla człowieka, nie jest przeszkodą dla Boga – Bóg nie jest związany z prawami przyrody, ale jest ich Panem, i dlatego działając ponad nimi, okazuje swoją wyjątkową moc. Cudowne narodziny Samsona i Jana Chrzciciela przygotowują i potwierdzają, że jest możliwe także cudowne poczęcie Jezusa – to poczęcie, które wpisuje się w początkowy moment dziejów Mesjasza w naszym świecie, przynosząc nam zbawienie. Te znaki mają nam pokazać, o ile większy jest Jezus, który nie rodzi się, jak inni wybrańcy Boży, z niepłodnej pary małżeńskiej, ale jako Syn Boży przychodzi na świat z Dziewicy. To są konkretne i wymowne manifestacje „potęgi Pana”, o których mówi psalm responsoryjny. „Chwała Pana” objawia się w takich właśnie wydarzeniach, decydując o ich znaczeniu zbawczym i wyjątkowej wymowie teologicznej. To wszystko potwierdza, że Bóg rzeczywiście, przekraczając wszystkie ograniczenia, działa na rzecz człowieka i działa skutecznie. Sprawą nadrzędną jest zbawienie człowieka i wprowadzenie go na drogę prowadzącą do Boga.

 

Dla wielu współczesnych Bóg i sprawy dotyczące życia religijnego przestają mieć znaczenie. Boże Narodzenie bez wspominania narodzin Boga to smutny obraz współczesnych „magicznych świąt”. Jednak te same osoby, które z taką ignorancją odnoszą się do rzeczywistości życia religijnego, wcale nie są obojętne na sprawy duchowe. Każdy bowiem człowiek ma potrzeby duchowe. Każdy z nas jest ciałem i duszą. W różny sposób można zaspokajać potrzeby swego ciała. Różnie także można odpowiadać na wołanie duszy. Nasze czasy doskonale to obrazują. Wiele osób publicznie odżegnuje się od wiary otrzymanej na chrzcie świętym, gdyż uważają się za ludzi oświeconych, którzy „nie wierzą w jakieś zabobony”. Drwią z cudów, wyśmiewają dziewicze poczęcie Pana Jezusa, wcielenie Syna Bożego, znaki i cuda dokonane przez Chrystusa oraz Jego zwycięstwo nad śmiercią, piekłem i szatanem. Modlitwę uważają za śmieszną i nieracjonalną. Słowa Pisma Świętego mają być sposobem manipulacji wiernymi przez Kościół. Boże przykazania uważają za gwałt na ich wolności, a nauka moralna Pana Jezusa zawarta w Ewangelii jest niedzisiejsza.

 

Jednocześnie ci sami, którzy tak wyśmiewają Jezusa Chrystusa, Kościół i Ewangelię, z coraz większym zaangażowaniem korzystają z usług wróżek. Horoskopy, wróżbici, jasnowidze mają coraz więcej odbiorców. Ludzie odrzucający Kościół i naukę Ewangelii wierzą w coraz mniej racjonalne rzeczy. Talizmany i amulety na szczęście, nauki dalekowschodnich przewodników duchowych, będące największą mądrością, figurki bóstw mające zapewnić powodzenie w domu, miłości czy interesach. Człowiek odchodzący od Jezusa Chrystusa i racjonalności Dobrej Nowiny karmi swoją duszę wierzeniami w różne bożki i nieracjonalne zaklęcia. Odrzucana jest Ewangelia, gdyż opisuje wydarzenia, które po ludzku wydawały się niewykonalne. Wiarę zaś daje się wierzeniom i zabobonom, które nie tylko są niebezpieczne dla ludzkiej duszy, lecz nadto jeszcze są w ogóle nieracjonalne.

 

Zbliża się Boże Narodzenie, a nie „magiczne święta”. Adwent to prostowanie swych życiowych dróg do Boga i drugiego człowieka. Nadchodzące dni będą wyjątkowe, nie tylko poprzez ograniczenia spowodowane pandemią czy przez prezenty i wyszukane dekoracje, a poprzez stan łaski uświęcającej w naszych sercach oraz pokój i miłość, które wniesiemy do domu w przyjętej Komunii świętej. Wiara w Jezusa Chrystusa i prawdziwy udział w życiu Kościoła to nie przestarzała, zabobonna tradycja, lecz czerpanie życiowych sił od Stwórcy nieba i ziemi, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych. Oczekujmy Go więc z niecierpliwością

 

ROZWAŻANIA ADWENTOWE: o. Andrzej Makowski CSsR

www. slowo.redemptor.pl

 

 

piątek, 18 grudnia 2020

Oczekiwanie na sprawiedliwego Króla

Adwent oznacza nadejście. Ale któż to nadchodzi? Na kogo właściwie czekamy? Czy my w ogóle czekamy? W Adwencie dwie postacie w sposób szczególny pytają nas o postawę moralną każdego, kto chce spotkać Tego, który jest oczekiwany, najważniejszy i który ostatecznie przychodzi na świat.

 

O jednej z tych postaci czytamy w liturgii Kościoła na początku dni adwentowych, że nosi szatę z sierści wielbłąda i pas skórzany dokoła bioder i że jest głosem wołającego na pustyni oraz woła Przygotujcie drogę Panu – to Jan Chrzciciel. Drugą postacią jest niewiasta, zaś Jej ciało jest żywym i widocznym symbolem Tego, którego oczekujemy: Oto ja służebnica Pańska – to Maryja. Te dwie osoby wiedzą, na Kogo dokładnie czekają – na Tego, który nie jest mniejszy od Boga. Nie czekają na przywódcę, bohatera, kogoś, kto ulepszy świat, lecz na prawdziwego Boga. Czekają w pewności, że stoi On tuż za bramą oraz że nie zdarzy się nic, co mogłoby opóźnić Jego przyjście.

 

Jednak między tymi dwiema postaciami jest ogromna różnica. Jan po prostu oczekuje Boga. Między nim a Jego przybyciem nie ma miejsca na innego proroka. Bóg przychodzi, aby zaprowadzić ład. Bardzo ważne jest przygotowanie się na Jego przyjście. Jan jest całkowicie przekonany o słuszności tego, co wszystkim obwieszcza. Nie boi się nazywać wielkich narodu izraelskiego plemieniem żmijowym ani władcy kraju wytykać otwarcie jego wad. Nie boi się więzienia ani śmierci, ponieważ jest tylko głosem, który ma otwierać wszystko, co zamknięte – a więc także zamknięte na prawdę uszy.

 

Maryja też czeka na Boga, bo dobrze zrozumiała słowa, jakie wypowiedział do niej anioł: Będzie nazwany Synem Najwyższego. Nie oczekuje tak jak Jan kogoś potężnego, kto przyjdzie z mieczem i rózgą żelazną, lecz Dziecka, Syna Człowieczego i Boga. Czegoś bardziej niewyobrażalnego matka nie jest w stanie znieść ani pojąć.

 

A Nowonarodzony? Kim On jest? Dzisiejsze czytania konkretyzują zapowiedź mesjańską, wskazując, że Mesjasz będzie pochodził z rodu Dawida: Oto nadejdą dni, kiedy wzbudzę Dawidowi odrośl sprawiedliwą (Jr 23, 5). Nawiązanie do Dawida ma na celu wskazanie na królewską godność Mesjasza, o czym wyraźnie mówi prorok Jeremiasz. Na pewno chodzi w tym nawiązaniu o panowanie, bo godność królewska na nie wskazuje. Chodzi również o pewną duchową jakość tego panowania. Stary Testament, mówiąc o królu Dawidzie, wielokrotnie podkreśla, że odznaczał się on sprawiedliwością w rządzeniu. Z punktu widzenia biblijnego jest to najbardziej podstawowa i najważniejsza cnota władcy, która wyraża się w trosce o wszystkich oraz zapewnia wszystkim pomyślność. Wielcy i bogaci nie będą uprzywilejowani, a mali i biedni nie będą poniewierani. Prorok Jeremiasz, zapowiadając Mesjasza pochodzącego z królewskiego rodu Dawida, zamierza wskazać na to, w jaki sposób będzie On sprawował otrzymaną władzę. Będzie na pewno władcą doskonałym. Bardzo wyraźnie wskazuje na to psalm responsoryjny. Mówi on o tym, że Bóg przekazuje swój sąd Królowi – Królowi-Mesjaszowi. Psalmista podkreśla, że będzie to Król rządzący sprawiedliwie i według prawa. Będzie więc władcą doskonałym, szczególnie ulituje się nad biednymi: Wyzwoli bowiem biedaka, który Go wzywa, i ubogiego, co nie ma opieki. Za sprawą Mesjasza z królewskiego rodu Dawida powróci więc sprawiedliwość na ziemię, oświecając wszystkich i wskazując nowy sposób życia. Z kolei dzisiejsza Ewangelia, która relacjonuje zwiastowanie dane przez anioła św. Józefowi, powraca do zapowiedzi proroka Jeremiasza i już bezpośrednio określa, że zapowiadanym potomkiem Dawida jest Jezus Chrystus.

 

Adwent jest czasem na to, aby się zatrzymać, zastanowić w nieustannym wirze pracy i obowiązków oraz odpowiedzieć sobie na postawione pytanie: czy czekam na spotkanie z Chrystusem.

 

ROZWAŻANIA ADWENTOWE: o. Andrzej Makowski CSsR

www. slowo.redemptor.pl

 

 

czwartek, 17 grudnia 2020

 

Nikt z nas nie żyje na ziemi przypadkowo, o naszym życiu nie zadecydowali także nasi rodzice, choć niewątpliwie mieli swój udział w planie Boga. Nasze życie wpisane jest jednak w historię wielu pokoleń, historię tworzoną przez Boga, zamierzoną przez Boga. Zbyt rzadko chyba uświadamiamy sobie ten fakt. Ale jest to fakt bardzo istotny.

 

Bóg przewidział nasze życie, byliśmy w Jego zamyśle przez pokolenia, które stwarzał. Narodziliśmy się w określonym czasie, który On wybrał. Ten czas był określony bardzo dokładnie. Nie mogliśmy się narodzić rok wcześniej, rok później, ale w dniu, który przewidział Bóg. On wyznaczył ten czas i miejsce, ponieważ przewidział naszą historię, wpisując w nasze serca zamysł, który miał wobec nas od wieków.

 

Co to dla nas oznacza? Świadomość tego nie tylko otwiera na miłość, którą Bóg ma wobec nas, swojego stworzenia, swoich dzieci, ale czyni nas odpowiedzialnymi za naszą historię, za odkrywanie tego planu miłości wobec naszego życia, planu bardzo konkretnego. Dlatego tak ważnym jest szukanie woli Boga, bo ona wyznacza kierunek naszej historii, także pokoleń, które przyjdą po nas. I choć Bóg nigdy nie łamie naszej wolności, nie krępuje nas swoimi zamiarami, to jednak prowadzi nasze życie tak, byśmy mogli ten plan miłości odkrywać i na niego odpowiadać. Do tego jesteśmy nieustannie zapraszani.

 

W tym spojrzeniu z perspektywy na naszą własną historię, wpisaną w historię świata, całej ludzkości, pomaga nam dzisiejsze słowo. Słowo, które także pokazuje, że Bóg dla nas stał się człowiekiem, przyjął na siebie nasze człowieczeństwo z jego wszystkimi uwarunkowaniami. W osobie Chrystusa wszedł w konkretną historię, w określony czas i miejsce. Ale nie pojawił się tam nagle. Jego życie było przewidziane i oczekiwane. Prorocy Starego Testamentu zapowiadali Jego przyjście na świat przez wiele pokoleń. Bóg tworzył konkretną historię, powołując i włączając w swój plan konkretnych ludzi, mniej lub bardziej świadomych Jego zamiarów. Ale nikt nie był przypadkowy w tej historii.

 

Czytając rodowód Jezusa, odkrywamy rzecz niezwykłą. Bóg nie wybierał kogoś szczególnego. W pokoleniach, z których narodził się Jezus, byli królowie, ale byli także prości ludzie, byli ludzie pogardzani, również wielcy grzesznicy. Bóg nie ma względu na osoby, na ich pochodzenie, uwarunkowania. Ewangelista Mateusz, podając rodowód Chrystusa, wylicza oprócz mężczyzn, których synowie tworzyli kolejne ogniwa historii, kilka kobiet, których życie wydawało się „przegrane”. Są też postacie wielkie i znaczące, takie jak Abraham czy Dawid, w życiu których bardzo wyraźnie realizowały się obietnice Boga. Jedno jest pewne: Bóg prowadził wszystkie wydarzenia, był w tej historii.

 

Jest tak samo obecny w życiu każdego z nas, niezależnie od tego, na ile mamy tego świadomość. Każdy z nas ma konkretne miejsce na ziemi, swoją drogę, po której chce prowadzić nas Bóg. Tę drogę trzeba odkrywać, bo jest to jednocześnie droga do odkrycia miłości Boga, Jego mocy w naszym życiu, Jego troski o nasze życie, Jego obietnic, które realizuje. Potrzeba nam odkryć w sobie to pełne miłości zaproszenie Boga do współpracy w dziele tworzenia historii.

 

Kardynał Telesphore Toppo, arcybiskup Ranchi i były przewodniczący Konferencji Episkopatu Indii (w latach 2002–2005 oraz 2011–2013) podczas jednej z Konwiwencji Biskupów Azji w Izraelu w 2006 roku dał świadectwo swojego życia:

„Skąd zaczynać i gdzie kończyć? Najpierw musicie wiedzieć, kim jest ten, który do was mówi. Jestem kardynałem, ale pochodzę z rodziny naprawdę biednej i prostej: jestem owocem cudu. Kościół naszego regionu – tutaj jest obecnych sześciu biskupów – ma tylko 150 lat. Kościół jest bardzo żywy, pulsujący życiem. Pochodzę z rodziny mającej dziesięcioro dzieci, ja jestem ósmy. Dzisiaj – według idei «szczęśliwej rodziny» – na pewno by mnie nie było. Moi rodzice byli analfabetami; moja matka żyła do 2003 roku, przeżyła 101 lat! Pracowała bardzo dużo, żeby nas wychować, ponieważ mój ojciec zmarł, gdy miałem 11 lat. Dlatego Bóg jej pobłogosławił i zostawił ją przy życiu, dopóki nie zostałem kardynałem. Przyjęła mnie jako kardynała i dokładnie miesiąc później zmarła. Ostatnie słowa, które skierowała do mnie: Idź i pełnij wolę Bożą, Bóg jest dobry, On jest wszystkim. Wierzę, że jej wiara uczyniła mnie tym, kim jestem. To tyle, jeżeli chodzi o mnie”.

 

Adwent jest wyjątkowym czasem dla chrześcijan. Słowo adwent pochodzi od łacińskiego słowa „adventus”, które oznacza przyjście. Dla starożytnych Rzymian słowo to oznaczało oficjalny przyjazd cezara. Dla chrześcijan to radosny czas przygotowania na przyjście Pana.

 

ROZWAŻANIA ADWENTOWE: o. Andrzej Makowski CSsR

www. slowo.redemptor.pl

 

 

środa, 15 grudnia 2020

 

Jezus prawdziwym Zbawicielem świata

Kiedy Jan Chrzciciel zaczął swoje prorockie przepowiadanie, wielu snuło domysły w sercach co do Jana, czy nie jest Mesjaszem (Łk 3, 15). Jego surowość życia, jego nieodparte słowo, głoszenie, że Mesjasz już jest obecny na świecie, skłoniły nawet samych kapłanów i lewitów, by wyruszyć z Jerozolimy i zapytać go, czy to nie on jest Mesjaszem (J 1, 19). Jan odpowiedział, że nie jest nim i wskazał w Jezusie Baranka Bożego, który gładzi grzech świata (J 1, 29). Kiedy jednak za sprawą Heroda znalazł się w więzieniu, zastanawiając się nad tym, co jego uczniowie donieśli mu o Jezusie, zaczął podejrzewać, że może Jezusowi brakuje mocy, z którą Mesjasz powinien stanąć przed światem jako Posłany przez Boga. Jezus zachowywał się tak, jakby chciał ukryć swą potęgę. Był zbyt uległy wobec grzeszników, żadną miarą nie okazywał mocy wobec możnych, za mało był energiczny względem swoich przeciwników i wahał się z zapoczątkowaniem swego królestwa sprawiedliwości, dobrobytu i pokoju. Innymi słowy, dla Jana Chrzciciela Jezus stał się zagadką.

 

Człowiekowi wierzącemu, który spokojnie i bezpiecznie idzie przez życie, często trudno jest zrozumieć człowieka niewierzącego, szarpiącego się w swoich poszukiwaniach tego, co my otrzymaliśmy za darmo. Ileż cierpienia i goryczy znajdujemy u ludzi szarpiących się i prawujących z Bogiem, szukających Go i wyzywających Go za milczenie wobec cierpienia swojego czy innych ludzi. Te spory nie zawsze bywają serdeczne. Jest rzeczą ludzką wątpić, ponieważ horyzonty wiary i jej przedmiot, którym jest Bóg, nie są jasne dla nikogo. Nikt też nie może rozwiać swoich wątpliwości, odwołując się do zdolności swojego rozumu.

 

Św. Jan od Krzyża pisze, że kiedy człowiek wchodzi w ciemną noc duszy, jeśli prawdziwie pragnie Boga, nie zatraci się, ponieważ sam Bóg przemieni tę ciemną noc w noc światła i temu, kto szuka Go z całego serca, da poznanie swojej Boskiej istoty. Porwie człowieka do siebie, aby miał udział w Jego życiu. W taki właśnie sposób ciężka droga wiary przekształci się w „szczęśliwą przygodę”, w której człowiek dojdzie do Boga nie dzięki wysiłkom umysłu, ale dzięki darowi poznania nadprzyrodzonego, które rozwijać się będzie w człowieku poprzez wiele stopni, odpowiadających jego postępowaniu w pokorze i zaufaniu Bogu.

 

W tych duchowych poszukiwaniach warto postawić sobie pytanie, które do Jezusa skierował przez swych uczniów Jan Chrzciciel: Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać? (Łk 7, 19). Warto zapytać samego siebie o te podstawowe sprawy: Gdzie jest źródło zbawienia wiecznego? Chrystus na tak postawione pytania odpowiada wprost: Idźcie i donieście Janowi to, coście widzieli i słyszeli: niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci doznają oczyszczenia i głusi słyszą; umarli zmartwychwstają, ubogim głosi się Ewangelię. A błogosławiony jest ten, kto we Mnie nic zwątpi (Łk 7, 22-23).

 

To Jezus Chrystus jest prawdziwym Zbawicielem świata. Dla chrześcijan Jezus jest punktem docelowym i centrum ich wiary. On przyszedł nie po to, aby odpowiedzieć na wszystkie ich pytania religijne. One zawsze pozostają po każdym poszukiwaniu. Jezus przyszedł na ziemię, aby wziąć na siebie ludzkie nędze, cierpienia, lęki. Bóg w Jezusie stał się bliski każdemu człowiekowi. Życie wiary to konieczność wyboru. Trzeba więc wybrać. Ten wybór to jest właśnie sedno Adwentu – dokonać wyboru: chcę iść za Chrystusem i Jemu zawierzyć swoje życie.

 

ROZWAŻANIA ADWENTOWE: o. Andrzej Makowski CSsR

www. slowo.redemptor.pl

 

 

wtorek, 15 grudnia 2020

 

Sofoniaszowe „biada!”

 

Nikt nie jest bez winy. Dzisiejsza Ewangelia nie dzieli ludzi na dobrych i złych ani też na grzeszników, którzy wracają do Boga, i fałszywych wierzących. Jak twierdzi prorok Sofoniasz, całe miasto jest zepsute i nikt nie może czuć się czysty: Biada buntowniczemu i splugawionemu miastu, co stosuje ucisk! Nie słucha głosu i nie przyjmuje ostrzeżenia (So 3, 1-2). Prorok Sofoniasz daje nam do zrozumienia, że Pan Bóg obiecuje zbawienie pokornym. Oni szukać będą schronienia w imieniu Pana. Nie będą czynić nieprawości. Taka będzie najlepsza cząstka narodu wybranego. Z tej części ludu zwanej Resztą Izraela wyjdzie oczekiwany Mesjasz.

 

Ewangelia dzisiejsza to dalszy ciąg rozmowy Jezusa z arcykapłanami i starszymi ludu. Chociaż Jezus nie udzielił zadowalającej odpowiedzi swoim rozmówcom, to jednak dialog trwa. Zbawiciel pragnie uzmysłowić im, że ich niewłaściwa postawa powoduje, iż nie mogą oni wejść do królestwa niebieskiego. Nawet celnicy i nierządnice są w lepszej sytuacji, bo opamiętali się i uwierzyli Jezusowi.

 

Chrystus posługuje się przykładem. Ojciec dwóch synów ma dla nich zadanie. Chodzi o pracę w winnicy. Pierwszy obiecał natychmiast wypełnić polecenie ojca, ale skończyło się jedynie na obietnicy. Drugi, najpierw odmówił, ale zreflektował się i do winnicy poszedł. W przypowieści występuje człowiek przeżywający trudne relacje ze swoimi dwoma synami. Pierwszy udaje posłuszeństwo, którego nie wprowadza w czyn; drugi stanowczo buntuje się przeciw ojcu, ale następnie, jakby przestraszony swoją odmową, zmienia postawę. Dokładnie tak dzieje się w życiu religijnym. Z faryzeuszami jest jak z pierwszym synem. Dużo pięknych słów o Bogu, o moralności i o przykazaniach, ale wszystko tylko w teorii, w sferze pobożnych życzeń. Duchowi przywódcy Izraela mnożyli zakazy i nakazy religijne, ale sami specjalnie się nimi nie przejmowali. One miały być jedynie dla ludu, który nie zna Prawa.

 

Jezusowe słowa dotyczą także nas. Gorszymy się postawą innych, stawiamy im wymagania ponad miarę natomiast sami nie zawsze żyjemy zgodnie z ewangelicznymi zasadami. Nie może bowiem ujść naszej uwagi, że wielu ludzi, którzy przez swoją jedynie powierzchowną religijność bardziej oszukuje samych siebie niż Boga. Są też inni, zwykle stojący z dala od Boga, niemniej sporadycznie i na krótki czas troszczący się o to, by uporządkować swoje sprawy z Panem Bogiem. Tak interpretowana przypowieść nikogo nie uspokaja.

 

Nikogo dzisiaj nie dziwi fakt, że w Ewangeliach celnicy i nierządnice są umieszczani na pierwszych miejscach w królestwie Bożym. Za czasów Jezusa w Palestynie takie stwierdzenie brzmiało rewolucyjnie. Uważano bowiem, że osób tych nie da się duchowo odzyskać. Dla Jezusa natomiast nikt nie jest bezpowrotnie duchowo zatracony. Zbawienie dostępne jest dla wszystkich. Warunek jest jeden: trzeba się nawrócić, to znaczy zmienić życie.

 

Oczywiście, kiedy grzesznik postanawia zmienić życie, wszyscy stawiają sobie pytanie: Czy to nawrócenie jest szczere? A jeśli jest szczere, to jak długo potrwa? Tego rodzaju niepokój jest uzasadniony, lecz równie zasadne jest pytanie, czy ktoś – kto może już od bardzo dawna jest w Kościele – poważnie traktuje swoją wiarę. Nie jest absolutnie pewne, że szczerość i dojrzałość wiary mierzy się datą chrztu świętego, a więc dnia przystąpienia do wspólnoty kościelnej. Pewne jest natomiast, że wszyscy ludzie, począwszy od pierwszego Adama, są duchowo słabi, religijnie chwiejni, i że nie mogą w żaden sposób zbawić się, jeśli Bóg ich nie wezwie i nie będzie prowadzić na drodze zbawienia

Adwent przypomina nam przede wszystkim o konieczności rozliczenia się z całego swojego życia przed Bogiem. Bardziej więc niż do świąt Bożego Narodzenia, powinniśmy przygotować się do ostatecznego przyjścia Chrystusa na ziemię. Adwent, który przeżywamy, jest tego przypomnieniem. Zbliża się dzień, w którym Syn Człowieczy powróci, aby nas osądzić. Zbliża się dzień naszego spotkania z Synem Bożym na progu wieczności. Obyśmy wówczas nie usłyszeli Sofoniaszowego „biada!”.

 

ROZWAŻANIA ADWENTOWE: o. Andrzej Makowski CSsR

www. slowo.redemptor.pl

 

 

poniedziałek, 14 grudnia 2020

Wspomnienie św. Jana od Krzyża, prezbitera i doktora Kościoła

 

Prawo Boże jest niezmienne

 

Prawo normuje relacje międzyludzkie i państwowe. Mamy prawo podatkowe, cywilne, karne, rodzinne, opiekuńcze itd. Wszyscy podlegamy tym prawom i jesteśmy zobowiązani ich przestrzegać. Nie zastanawiamy się zbytnio nad tym, kto to prawo ustanowił. Jako obywatele, należąc do danej wspólnoty państwowej, wiemy, że trzeba je zachowywać, bo jest ono dla naszego wspólnego dobra i porządkuje nasze życie.

 

Podobnie jest ze wspólnotą Kościoła. Tutaj także jest prawo, a tym prawem są przykazania Boże i słowa Chrystusowej Ewangelii. Jest ono zawarte na kartach Pisma Świętego. To prawo Boże obowiązuje wszystkich ludzi zawsze i wszędzie.

 

Jakże często dzisiaj ludzie uważają, że sami mają prawo decydować o tym, którego z przykazań przestrzegać, a na które przymknąć oko. Praktyka życia pokazuje, że prawo Kościoła można swobodnie łamać, a i tak nie będzie wielkich życiowych konsekwencji. Po prostu za jego łamanie nic złego nas nie spotka. Ksiądz nie wtrąci nikogo do więzienia, parafia nie skonfiskuje mienia, papież nie odbierze praw rodzicielskich, a Jezus nie pozbawi nas praw obywatelskich. Prawo Kościoła, przykazania Boże i słowa Ewangelii są zatem przez nas przyjmowane z większą pobłażliwością niż jakiekolwiek prawo stanowione przez człowieka. Prawo Boże, do którego zmiany nie ma władzy żaden człowiek, uważamy za mało istotne. Natomiast prawo ludzkie, które w demokratyczny sposób można łatwo zmienić, uważamy za wiążące nas i niezmienne. To, co ludzkie i zmienne, jest dla nas ważniejsze od tego, co Boskie i wiecznie trwałe.

 

Dzisiejsza Ewangelia mówi nam, że prawo Boże jest niezmienne. Podlegamy mu wszyscy. Przypomina nam tę prawdę sam Chrystus. Tak jak za czasów Jezusa, tak i dzisiaj ludzie podważają prawo Chrystusa do ustanawiania prawa moralnego, czyli mówienia, co jest dobre, a co złe. Jakim prawem to czynisz? I kto Ci dał tę władzę? (Mt 21, 23). Żydom nie podobało się, że Chrystus przypomina im o niezmiennym prawie moralnym, które obowiązuje wszystkich. Nie zamierzali zmieniać swego postępowania, więc negowali naukę Ewangelii. Mimo tego, że siebie samych uważali za wierzących i pobożnych, to jednak nie wypełniali nauki Pisma Świętego. Dali do zrozumienia, że obowiązuje ich prawo ludzkie, którego trzeba było przestrzegać pod karą sankcji. Nie chcieli zaś przyjmować prawa Bożego, gdyż doskonale wiedzieli, że za jego łamanie nie spotka ich żadna konsekwencja.

 

Podobnie jest we współczesnym świecie. Wielu wiernych stawia pytania Kościołowi: Jakim prawem to czynisz? I kto ci dał tę władzę? Nie chcą przyjąć prawa Bożego, nie zamierzają przyjąć odpowiedzialności za swe czyny. Uważają, że prawo kierujące Kościołem można zmienić w miarę ich prywatnych i chwilowych potrzeb.

 

Dzisiaj w Polsce toczy się batalia o życie nienarodzonych. Można demokratycznie przegłosować, od którego momentu jest człowiek i czy jako upośledzony od poczęcia ma prawo się narodzić. Wiedzą bowiem, że żadna kara ich teraz nie spotka. Najwyżej odejdą obrażeni, że Kościół jest niereformowalny, a księża „znowu robią problemy”. Nieważne, że te „problemy” wynikają z łamania przykazań Bożych. Nieważne, że źródłem „problemu” nie jest Kościół i ksiądz. Ważne, że nie dostali tego, czego chcieli. Nieważne, że ich życie zupełnie odbiega od nauki Ewangelii i przykazań Bożych. Powinni otrzymać to, czego chcą, nie licząc się wcale z prawem Bożym.

 

Jezus nie zmienił swego nauczania, gdy Żydzi sprzeciwiali się Jego nauce. Kościół nie zmieni swego nauczania, tylko z tego powodu, że wielu ludzi oczekiwałoby tego. Prawo Boże jest niezmienne. Mówi o tym Chrystus w dzisiejszej Ewangelii, a dziś Kościół, jako jej depozytariusz, tej prawdy strzeże.

 

Prawda budzi sprzeciw wobec tych, którzy się na nią nie otwierają, bo są bardziej przywiązani do swojej wygodnej sytuacji albo własnej doktryny. Prośmy o czyste serca, wolność od uprzedzeń do wszystkich ludzi, aby nie zamykali sobie drogi do prawdziwego życia. Adwent jest czasem naszej duchowej przemiany, a nie reformy nauki Ewangelii. Taka jest prawda. Takie jest Boże prawo. Taka jest nauka Kościoła. Dla własnego dobra warto o tym pamiętać.

 

ROZWAŻANIA ADWENTOWE: o. Andrzej Makowski CSsR

www. slowo.redemptor.pl

 

 

niedziela, 13 grudnia 2020

Temat. Być posłanym, być głosem, oddać życie

 

Trzecia niedziela Adwentu przeżywana jest w Kościele katolickim obrządku rzymskiego jako niedziela gaudete, czyli radości. Nazwa ta została zaczerpnięta z Listu św. Pawła Apostoła do Filipian, który jest jednocześnie antyfoną na wejście: Gaudete in Domino semper: iterum dico, gaudete. Dominus enim prope est Radujcie się zawsze w Panu, raz jeszcze powiadam: radujcie się! Pan jest blisko (Flp 4, 4-5). Niedziela ta, również poprzez różowy kolor szat liturgicznych, wzywa wiernych do radości z powodu przyjścia Chrystusa i związanego z tym daru odkupienia win.

 

Tak więc powodem naszej radości nie tylko w tę niedzielę, ale w całym naszym życiu, ma być prawda o tym, że jesteśmy odkupieni, że jest Ktoś, kto nie pozostawia nas w naszych słabościach i grzechach, i przychodzi, aby odmienić nasze życie. Warto również spojrzeć jakby „z góry” na naszą codzienność w kontekście tego, co sprawia nam radość, w czym pokładamy nadzieję, ufając, że będziemy ludźmi szczęśliwymi. Nie chodzi tutaj oczywiście o jakąś fundamentalistyczną, „odczłowieczoną” postawę negacji wielkich form szczęścia, zadowolenia czy spełnienia. Mam tutaj na myśli raczej pewną „bazę” mojego życia, na której wznoszę moją codzienność. To pytanie o to, co „napędza” mnie w realizacji, w poszukiwaniu pełni. Czy jest to Chrystus, czy może jako za źródło radości postrzegam coś/kogoś innego? Niedziela gaudete jest właśnie doskonałą okazją do spojrzenia na siebie pod tym względem.

 

W naszych rozważaniach kontynuujemy drogę adwentowych Ewangelii. Tydzień temu takim słowem-kluczem była rzeczywistość nawrócenia. Został nam ukazany Poprzednik Jezusa, Jan Chrzciciel, który udzielał chrztu nawrócenia i który – poprzez swój autentyczny styl życia – stał się dla ludzi znakiem, w obecności którego chciano przebywać, słuchając jego nauk. W tym rozważaniu pozostaniemy przy figurze św. Jana Chrzciciela, by na jego przykładzie, dostrzec kilka istotnych elementów przydatnych w naszym życiu, jako chrześcijan XXI wieku.

 

Pierwszą rzeczywistością jest bycie posłanym. Czytamy we fragmencie Ewangelii trzeciej niedzieli Adwentu: Pojawił się człowiek posłany przez Boga – Jan mu było na imię. Przyszedł on na świadectwo, aby zaświadczyć o światłości, by wszyscy uwierzyli przez niego (J 1, 6-7). Jest więc konkretny człowiek, Jan, oraz dzieło, do którego został przeznaczony przez Boga: ma zaświadczyć o światłości, ma ukazać ludziom, że oto pośród nich jest już Ten, na którego czekają. To są bardzo istotne elementy każdego Bożego działania: wybór człowieka, posłanie go oraz orędzie, jakie jest zobowiązany zanieść. Ta dynamika, która swój szczyt osiąga właśnie w ogłoszeniu przez Jana obecności Zbawiciela na ziemi, w pewnym sensie powtarza się przez całą historię zbawienia. Również czas „po Chrystusie”, czas Kościoła, jest bardzo bogaty w ten właśnie schemat: człowiek – orędzie – misja. Czyż nie w ten sposób działali święci Kościoła? Czyż nie tak właśnie rodziły się i wciąż rodzą nowe rzeczywistości służące jak najbardziej wiarygodnej obecności mistycznego Ciała Chrystusa w świecie? Tak było z Benedyktem, Franciszkiem, Dominikiem, Katarzyną ze Sieny, Teresą z Avila, Janem od Krzyża, Ignacym z Loyoli, Alfonsem Liguori i wieloma innymi. A współcześnie: Faustyna Kowalska, Matka Teresa, Jan Paweł II. Ile również nowych ruchów w łonie Kościoła zrodziło się w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat? Wszystko to było możliwe, ponieważ ktoś – konkretny człowiek – który pojawił się, odczytał Boże posłanie do realizacji danego dzieła.

 

Patrząc na nasze życie możemy odnaleźć podobny porządek. To bowiem, czego Bóg dokonał ze „świętymi”, pragnie czynić również z nami. Również i my jesteśmy posłani przez Niego do tego konkretnego pokolenia, aby świadczyć o Chrystusie. Nie oczekujmy specjalnego posłania, lecz zaczerpnijmy z tego, co dokonało się w naszym chrzcie i co zostało umocnione w sakramencie bierzmowania: jesteśmy wezwani do mężnego wyznawania naszej wiary. 

 

Fakt bycia posłanym przypomina nam o jeszcze jednej bardzo istotnej rzeczy: jest Ktoś, kto nas posyła – to nie my posyłamy samych siebienie „idziemy” we własnym imieniu. Dokładnie tak, jak było w przypadku Jana Chrzciciela, gdy ewangelista mówi: Nie był on światłością, lecz został posłany, aby zaświadczyć o światłości (J 1, 8). Wspominałem już o tym w ostatnim rozważaniu, mówiąc o niebezpieczeństwie „kradnięcia” chwały Bogu, gdy człowiek naiwnie uwierzy we własne siły i uczyni z religii sposobność do głoszenia siebie, robienia kariery. Zawsze więc, niejako w tyle głowy, musi świtać ta obawa, czy czasem nie zbaczam z drogi, czy nie mylę miejsca, czy nie tracę z horyzontu tej prawdy, że jestem „ze względu na” światłość, Boga. Nie nam decydować o ewentualnych owocach naszego posłania na ten świat. Ale jedno jest pewne: jeśli się pojawią, to jedynie wówczas, gdy zachowany będzie ten porządek: „jestem ze względu na Boga”.

 

Jan mówi o sobie: Jam głos wołającego na pustyni (J 1, 23), głos, przygotowujący drogę Słowu. Być głosem to znaczy użyczyć siebie Bogu, oddać do dyspozycji całe swoje życie: mój czas, moje ciało, moje talenty. Może też będę wezwany, aby poświęcić Słowu plany na moją przyszłość: Chrystus chce mieć nas w całości dla siebie. Nie jest to żaden egoizm ze strony Zbawiciela, lecz głęboka prawda o nas: tylko w pełnej zależności od Jezusa, stajemy się w pełni wolni, spełnieni, stajemy się w pełni ludźmi.

 

Ostatnim elementem – który choć nie wybrzmiewa w dzisiejszej Ewangelii – jest rzeczywistość oddania życia za Słowo. Wiemy, że oddanie się Jana Jezusowi było radykalne, aż do końca. Umniejszył się w sposób dosłowny, zostając zgładzonym jako element rozgrywki towarzysko-politycznej. Wielki prorok, głos przygotowujący drogę Słowu, kończy żywot w lochach w wyniku kaprysu dziewczęcia. Spełnił misję, do której przeznaczył go Bóg. Teraz już nie jest w Jego gestii kontynuacja tego, co rozpoczął.

 

Dla nas jest to również bardzo ważny element. Głoszenie prawdy może nas zaprowadzić do sytuacji odrzucenia i nienawiści ze strony „tego świata”. Gotowość oddania życia czerpie swą siłę jednak nie z nas, lecz z doświadczenia na naszej drodze wiary, że Chrystus zmartwychwstał, że każda „ziemska śmierć” – czy to ta biologiczna, czy też inne rodzaje obumierania – zostają przezwyciężone przez Chrystusa. Czerpiąc moc ze słowa Bożego i sakramentów Kościoła, otrzymujemy siłę, by oddawać swoje życie dla Pana.

 

Dziękujmy dziś za to, że również i my możemy ustawić się w tej „karawanie” pokoleń ludzi posłanych, by głosili temu światu prawdę o Bogu, prawdę, na którą czeka współczesny człowiek. Kto wie, może czeka on właśnie na mnie i jeśli nie pójdę ja, to nie pójdzie nikt inny?

 

ROZWAŻANIA ADWENTOWE: o. Sylwester Pactwa CSsR

www. slowo.redemptor.pl

 

 

DRUGI TYDZIEŃ ADWENTU Rok B, I

(Patronowie Adwentu: Prorok Izajasz, Święty Jan Chrzciciel, Święty Józef oraz Niepokalana Dziewica Maryja)

Ewangelia dzisiejsza jest widoczna na stronie głównej naszej str. internetowe.

 

sobota, 12 grudnia 2020

Wspomnienie Najświętszej Maryi Panny z Guadalupe

 

Dzisiaj w liturgii słowa mowa o Eliaszu, a nawet o dwóch takich prorokach. Jeden to wielki prorok Starego Testamentu, bardzo mocny w słowie i znakach. Drugi to Jan Chrzciciel, bo przecież jego Jezus ma na myśli, rozmawiając z uczniami w dzisiejszym fragmencie Ewangelii. Ten drugi jest kimś, kto wprowadza w Nowy Testament, bezpośrednio zapowiadając Mesjasza. Żydzi nie rozpoznali w Janie Chrzcicielu proroka. Wiemy, jak zginął. Nie rozpoznali też w Jezusie Mesjasza i również doprowadzili do Jego śmierci.

 

Bóg nieustannie posyła do nas proroków – duszpasterzy, kaznodziejów, spowiedników… To tak lokalnie, na naszą osobistą „mikroskalę”. Ale posyła również takich proroków, jak chociażby s. Faustyna, o. Pio, Jan Paweł II – proroków, którzy wskazują na Tego, Który ma przyjść, chce przyjść do naszego osobistego życia, jak i do życia całych społeczeństw. Jan Paweł II powiedział na początku swojego pontyfikatu: „Nie lękajcie się otworzyć drzwi Chrystusowi”. Od nas zależy, czy proroków rozpoznamy, czy będziemy ich słuchać. Jednak jak pokazuje historia zbawienia, kto nie rozpoznaje proroka, ten nie rozpozna także Mesjasza. Obyśmy w naszym życiu nie przeoczyli proroków, którzy nam mogą pomóc rozpoznać Tego, Który był, Który jest i Który przychodzi.

 

ROZWAŻANIA ADWENTOWE: o. Mariusz Simonicz CSsR

www. slowo.redemptor.pl

 

 

piątek, 11 grudnia 2020

Wspomnienie św. Damazego I, papieża

 

Zawsze się znajdzie kij, żeby kogoś uderzyć, zawsze znajdą się argumenty, żeby nie przyjąć Jezusa, Jego Kościoła, żeby w tej wspólnocie doszukać się grzechu. Niekiedy nawet jest o to bardzo łatwo. Kiedy się nie wie, po co konkretnie przykazania są. Kiedy nawet nie chce się i nie stara się zrozumieć nauki Jezusa, którą głosi Kościół, wtedy jest łatwo widzieć w Nim wroga. I w Jezusie, i w Kościele. Wielu ludzi widzi w Kościele zło, diabła nawet. Mieliśmy tego niedawno dobitne przykłady. Tak jak niektórzy współcześni mówili o Jezusie, że jest opętany. Zło ubiera się w pozory dobra. Próbuje się je zracjonalizować, usprawiedliwić. Jednak to zawsze jest zło. A wystarczy tylko wprowadzić w życie to, co dzisiaj mówi do nas Bóg: zważać na Jego przykazania, przyjąć Jego pouczenia, które mówią, co naprawdę jest dobre, a co złe, by obrać dobry kierunek na drodze życia.

 

Walka z Bogiem, nieposłuszeństwo wobec Niego może doprowadzić do tego, że czyjeś imię zostanie usunięte sprzed Jego oblicza. Istnieje taka możliwość. Można mówić o wolności i wyborze, i nawet trzeba o tym mówić. Pojawiły się postulaty, żeby tylko zwracać uwagę na pozytywne aspekty nauczania Jezusa. Oczywiście trzeba nawoływać do wolności, ale nie ma wolności bez odpowiedzialności i to się tyczy także nauki Jezusa. Ewangelia to Dobra Nowina, najlepsza z możliwych, ale dla grzesznika, a nie dla kogoś, kto uważa, że cokolwiek by zrobił, jest idealny. Jeżeli nie ma grzechu, to po co Odkupienie? Po co przyjście Jezusa na świat?

 

ROZWAŻANIA ADWENTOWE: o. Mariusz Simonicz CSsR

www. slowo.redemptor.pl

 

 

czwartek, 10 grudnia 2020 

Wspomnienie Matki Bożej Loretańskiej

 

Potrzebujemy czułości, ale nieraz nie umiemy jej okazać. Niejednokrotnie też nie chcemy jej przyjąć. Dzisiaj trzeba być silnym, samowystarczalnym, dyspozycyjnym, trzeba umieć samemu rozwiązywać problemy i nie przyznawać się do tego, za czym tak naprawdę tęsknimy w głębi serca. Czułość jest oznaką słabości. A silny Bóg nie boi się powiedzieć dzisiaj z czułością: Ująłem cię za prawicę, mówiąc ci: nie lękaj się, przychodzę ci z pomocą. Nie bój się robaczku Jakubie, nieboraku Izraelu! Bardzo czułe słowa samego Boga. Może warto się przekonać, by wtedy, kiedy łapie nas za rękę, kiedy chce nas prowadzić, nie wyrywać się z tego uścisku, jak niesforne dziecko, które chce iść tam, gdzie je nogi poniosą. Może ktoś z nas jest takim nieborakiem, który myśli, albo nawet udaje, że ma nad wszystkim kontrolę?

 

Dopiero wtedy, kiedy zdamy sobie z tego sprawę, że jesteśmy tymi nieborakami, podamy Mu chętnie dłoń, a On nas poprowadzi tam, gdzie trzeba, i w sposób, w jaki trzeba. Wystarczy tylko przyjąć czułość – czułość Boga. Tą ludzką też nie gardźmy.

 

Żeby nie było tak słodko. Ludzie gwałtowni zdobywają królestwo niebieskie… O tym też warto pamiętać, wspominając Jana Chrzciciela. O to królestwo trzeba walczyć, ale razem z Jezusem.

 

ROZWAŻANIA ADWENTOWE: o. Mariusz Simonicz CSsR

www. slowo.redemptor.pl

 

 

środa, 9 grudnia 2020

Wspomnienie św. Jana Diego Cuauhtlatoatzin

 

Znając Pismo św., możemy je cytować, znajdując jakiś fragment na prawie każde wydarzenie naszego życia: aby pocieszyć, napomnieć, dodać otuchy. Jednak nieraz mogą one brzmieć tylko jak jakieś cytaty z podręcznika dla akwizytora, który chce komuś „wcisnąć” chrześcijaństwo. Żeby komuś doradzić, pomóc, trzeba się wczuć w jego sytuację, zrozumieć go. Po drugie trzeba wierzyć w moc słowa.

 

Nikt tak Jak Jezus nie potrafi się wczuć w sytuację drugiego człowieka, nikt tak jak Bóg nie potrafi doradzić. Dzisiaj w pierwszym czytaniu słyszymy, że ci, co zaufali Panu odzyskują siły, otrzymują skrzydła jak orły, biegną bez zmęczenia, bez znużenia idą. W Ewangelii Jezus zachęca: Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. On wie, co mówi, bo sam przeszedł naszą drogę. Warto sobie zadać pytanie, dokąd idę, do kogo idę ze swym ciężarem? Gdzie gaszę swoje pragnienia? Czy wierzę w Jego moc, czy jestem Mu w stanie oddać moje problemy? U Niego jest ich rozwiązanie! To, co dzisiaj słyszymy w liturgii słowa, to nie cytaty z podręcznika dla akwizytora, bo Biblia nim nie jest, tylko jest księgą życia. Tam są słowa, które mają moc. Tam jest Ktoś, Kto jest tak mocny, że weźmie to wszystko na siebie i z Nim nasze życie stanie się znośniejsze.

 

ROZWAŻANIA ADWENTOWE: o. Mariusz Simonicz CSsR

www. slowo.redemptor.pl

 

 

wtorek, 8 grudnia 2020

Niepokalane Poczęcie Najświętszej Maryi Panny – uroczystość

 

Podczas dzisiejszej uroczystości pragniemy podziękować Bogu za wybranie Maryi do wielkich rzeczy. Maryja urodziła się bez grzechu pierworodnego. Warto dziś przyjrzeć się tej tajemnicy.

 

Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny zaczęła być obchodzona najpierw w Kościele Wschodnim w VII wieku. W czasach średniowiecznych to święto zostało przeszczepione na Zachód. Prawda o Niepokalanym Poczęciu była kultywowana przez wieki przez wiernych, a ostatecznie 8 grudnia 1854 roku papież Pius IX uroczyście ogłosił, że Maryja była wolna od zmazy grzechu pierworodnego. Niedługo potem sama Maryja potwierdziła ten dogmat, kiedy objawiając się prostej dziewczynce Bernadetcie Soubirous, przedstawiła się jej jako „Niepokalane Poczęcie”.

 

Tajemnica niepokalanego poczęcia mówi nam, że Maryja od samego początku była z Bogiem w szczególnej więzi. Bóg obdarzył Ją specjalną łaską. Było to ogromne wywyższenie Maryi. I przy tym, patrząc na Jej życie, dostrzegamy, że Matka Najświętsza nie zmarnowała tej łaski i nie zawiodła tego zaufania, którym obdarzył Ją Stwórca. Także i my jesteśmy powołani, aby z Bożą łaską i pomocą zostać świętymi i nieskalanymi na wzór Maryi.

 

Pewien misjonarz, podróżując bardzo szybkim japońskim pociągiem, wypełniał czas modlitwą z brewiarza. W pewnym momencie nagły ruch pociągu sprawił, że z brewiarza wypadł obrazek przedstawiający Matkę Bożą Niepokalaną i upadł na podłogę. Siedzące obok misjonarza dziecko schyliło się i podniosło go. Zanim zwróciło misjonarzowi obrazek, tak jak wszystkie ciekawe dzieci przyjrzało mu się.

– Kto to jest ta piękna pani? – zapytało misjonarza.

– To… moja mama – odpowiedział po chwili kapłan.

Chłopiec przyjrzał mu się, a potem znów spojrzał na obrazek – Nie jesteś do niej wcale podobny – powiedział chłopiec.

Misjonarz uśmiechnął się. – To prawda, a jednak muszę ci powiedzieć, że przez całe moje życie robię wszystko, aby się do Niej upodobnić choćby odrobinę.

Czy my jesteśmy podobni do Maryi? Choćby odrobinę…? Kiedy obchodzimy dzisiejszą uroczystość, warto zadać sobie pytanie: Czy jestem podobny do Maryi? Ale przy tym pojawia się kolejne trudne pytanie: Czy dziś możemy zostać świętymi i nieskalanymi na wzór Maryi? W szukaniu odpowiedzi na takie pytania przychodzą nam być może od razu wątpliwości, że Maryja miała łatwiej, bo była wybrana przez Boga i obdarzona przez Niego specjalnymi łaskami i darami. Z pewnością niektóre z tych tez są uzasadnione, bo przecież przez nasze słabości różnimy się od Maryi. Jednak pamiętajmy, że naszym zadaniem życiowym jest dążyć i dorastać to tego wzoru świętości, jakim jest Maryja. Ona daje nam wskazówki, jak być nieskalanymi i świętymi. Przede wszystkim Ona uczy nas pokory. Mimo, że dostąpiła łaski uchronienia od grzechu pierworodnego, nigdy się nie wywyższała. Wręcz przeciwnie. Z pokorą przyjęła wszystko, z czym musiała się zmierzyć. Widzimy Ją pełną pokory w stajence betlejemskiej. Podobnie na weselu w Kanie Galilejskiej. A przede wszystkim Jej pokora zaprowadziła Ją aż pod krzyż, na Golgotę. Przykład Maryi uczy nas, że dostąpić łaski od Boga to jedno, a później tej łaski nie zmarnować i pomnożyć to drugie. I właśnie ten drugi aspekt świadczy o prawdziwej wielkości człowieka.

 

Dobrze wyraża tę myśl utwór „Niepokalana” grupy „Boże granie” (na naszej stronie w zakładce PIEŚNI, FILMY ... MULTIMEDIA)

Otwarta na Boga, odwiecznie wybrana Matko Chrystusa,

Pełna wiary na wzór Abrahama, Niepokalana…

Ciebie otacza nieziemski blask,

A nad Twą głową dwanaście gwiazd,

Księżyc się srebrzy u Twoich stóp,

Boga uwielbia Twój pokorny duch.

Warto dziś zwrócić się do Matki Niepokalanej. Maryja z pewnością pomoże nam trwać przy Bogu. Ona uczy nas, jak z pokorą być wiernym owemu wybraniu przez Boga. Niech Niepokalana będzie naszą przewodniczką w kroczeniu po niełatwych drogach do świętości.

 

ROZWAŻANIA ADWENTOWE: o. Łukasz Baran CSsR

www. slowo.redemptor.pl

 

 

poniedziałek, 7 grudnia 2020

Wspomnienie św. Ambrożego, biskupa i doktora Kościoła

 

Rozważając dzisiejszą liturgię słowa, a zwłaszcza pierwsze czytanie, nasuwa się pytanie: kiedy? Kiedy tak się stanie, jak pisał Izajasz kilka tysięcy lat temu? Kiedy pustynia naszego życia zmieni się w ogród? Kiedy wreszcie uda nam się powstać z naszych upadków? Kiedy wreszcie zniknie ten paraliżujący nas – zwłaszcza teraz w czasie pandemii – lęk? Lęk o nasze życie, życie naszych najbliższych… Chciałoby się nawet krzyknąć: KIEDY???!!! Dlatego chciałoby się krzyknąć, bo jest w nas tęsknota za takim światem, jak ten opisany w pierwszym czytaniu, i to normalne, że jest ta tęsknota.

 

W Ewangelii znowu słowo idzie na przekór temu, co dzieje się wokoło. Patrzymy dzisiaj na ludzi nieufnie, bo może mnie zarazić, bo nie ma maseczki na twarzy. Oburzamy się czasem, licząc ludzi w kościele. Miało być 81 osób, a jest ponad 90. A Jezus dzisiaj pokazuje, że potrzebujemy siebie nawzajem. Potrzebujemy, żeby ktoś nas przyniósł do Niego z naszym paraliżem grzechu, obojętności, egoizmu, żeby położył nas przed Nim w modlitwie, tak, jak ci, którzy przynieśli tego sparaliżowanego człowieka. Potrzebujemy siebie nawzajem, potrzebujemy wspólnoty, w której ktoś nas przyniesie do Jezusa, gdy sami nie mamy już sił i w której my kogoś przyniesiemy, kiedy już z sił opadnie, aby Jezus mógł go uzdrowić. Nie bądźmy jak ci, którzy są oburzeni Jezusem, Jego odpuszczeniem grzechów, którzy nie zrozumieli tego, co jest najistotniejsze.

 

 

ROZWAŻANIA ADWENTOWE: o. Mariusz Simonicz CSsR

www. slowo.redemptor.pl

 

 

niedziela, 6 grudnia 2020

Temat. Postawa nawrócenia...

Po temacie czuwania, nad którym zatrzymaliśmy się w pierwszą niedzielę Adwentu, nadchodzi czas na kolejną rzeczywistość, która ma nam pomóc właściwie przeżywać ten szczególny okres. W drugą niedzielę Adwentu słowo Boże wzywa nas do postawy nawrócenia.

 

 

Ewangelia drugiej niedzieli to sam początek Ewangelii według św. Marka. Rozpoczyna się cytatem z proroka Izajasza, który dziś słyszeliśmy w pierwszym czytaniu o równaniu drogi przed Panem, i stawia nam przed oczyma postać Jana Chrzciciela, który – wraz z Maryją Dziewicą – stanowi swego rodzaju figurę Adwentu. Jan, poruszony Bożym duchem, wzywa ludzi do świętego życia, do usposobienia się na rychłe przyjście Zbawiciela.

 

Ewangelista zauważa, że do Jana ciągnęła cała judzka kraina oraz wszyscy mieszkańcy JerozolimyChce nam przez to powiedzieć, że istotnie postać Jana Chrzciciela przyciągała do siebie ludzi. Ale tym, co ich pociągało, nie były jakieś spektakularne czyny przez niego dokonywane. Musieli wyczuwać, że jest Bożym posłańcem, że jest autentyczny, że nie zależy mu na własnych sprawach. Jego orędzie spotkało się z głębokim, być może nieuświadomionym jeszcze pragnieniem człowieka, który oczekuje na Mesjasza.

 

I to jest pierwszy, bardzo ważny element. Jan wzywa do nawrócenia, bo tylko w ten sposób człowiek może niejako usposobić się na przyjęcie nadchodzącego Boga. Uświadamia sobie, że to właśnie Jego oczekuje. Ze swej strony może zrobić tylko tyle i aż tyle – zobaczyć swoją niewystarczalność, przyjąć prawdę o sobie.

 

Aby słowo wzywające do nawrócenia spełniło w nas swoją misję, potrzeba, aby jednocześnie przenikały się pewne wymiary. Po pierwsze, wzywający do nawrócenia musi być posłany przez Boga; po drugie, musi być wiarygodny – jego życie ma być potwierdzeniem wypowiadanych słów; po trzecie, ten, do kogo skierowane zostaje wezwanie do nawrócenia, musi temu słowu zaufać.

 

Wiemy, że każdy z nas potrzebuje nieustannie wchodzić w postawę nawrócenia. Powinniśmy, analizując swoje życie, ocenić, jak ono wyglądało w momentach, w których do Chrystusa odwracaliśmy się niejako plecami. To wielka mądrość, móc wyciągnąć wnioski i stwierdzić, że życie budowane (w sensie pokładania nadziei) na sobie samym, na innej osobie, na przedmiotach czy pieniądzach nie jest w stanie nas spełnić, a w dalszej perspektywie staje się nieznośne. Oczywiście, takie życie jest realne: egzystujemy, oddychamy, spożywamy, krzątamy się wokół tego, co istotne, (praca, szkoła, małżeństwo, itd.), ale na końcu człowiek może pozostać z przeświadczeniem, że to wszystko – choć samo w sobie dobre – nie jest jeszcze „tym czymś”.

 

W teologii zwykło mówić się o tzw. „naturalnym pragnieniu Boga”. Jest to pewna istotowa cecha każdego z nas. Podczas naszego życia, tak naprawdę właśnie owo pragnienie jest decydujące. Owszem, może pozostawać „przysypane” pomniejszymi pragnieniami, ale – w ten czy w inny sposób – będzie się starało do nas odzywać, będzie powodem naszego duchowego niespełnienia i cierpienia, będzie bardziej lub mniej intensywnie apelować do naszego serca, przekonując nas, że „to, o czym myślisz, że jest TYM, wcale NIM nie jest”.

 

Dlatego też wezwanie do nawrócenia, jakie jest skierowane do nas w tym okresie, ma nam pomóc poustawiać rzeczy na właściwym miejscu. Owocem przylgnięcia do Boga, Jego intronizacji w naszym sercu, jest doświadczenie pokoju ducha, a także swoistego „uspokojenia się” w Bogu.

 

Drugim elementem, na który chciałbym zwrócić uwagę, jest nasze spełnianie misji podobnej do Jana Chrzciciela. Bywa, że Pan Bóg stawia nas na drodze ludzi, którzy czekają na słowo dające nadzieję, jak również wzywające do nawrócenia. Świadomość własnej kruchości oraz doświadczenie ogromu Bożego miłosierdzia wobec naszych grzechów daje nam prawo, a nawet obowiązek, aby prawdę tę przekazywać dalej.

 

Oczywiście, dziś żyjemy w czasach, w których cenimy sobie prywatność, nie zwykliśmy „wtrącać” się w czyjeś życie. Wydaje się jednak, że taka postawa nie do końca da się usprawiedliwić, jeśli chodzi o życie we wspólnocie Kościoła. I jeśli z jednej strony chrześcijańska troska o zbawienie bliźniego nie ma nic wspólnego z byciem wścibskim i ciekawskim, to z drugiej strony fakt, że mój brat czy siostra błądzi, nie może być przeze mnie pominięty pod płaszczykiem „niewtrącania się”.

To sprawa bardzo delikatna i z pewnością wymaga modlitwy i namysłu, jak również zbudowania relacji z drugim człowiekiem. W tyle głowy zaś musi zawsze być obecna troska, aby być autentycznym, aby nie szukać siebie, lecz mieć na sercu dobro bliźniego.

 

No właśnie, i na końcu, trzecia rzeczWidzimy, że Jan, chociaż był bardzo popularny, bo przecież ciągnęły do niego tłumy, to jednak jasno i zdecydowanie wskazywał na Chrystusa: Idzie za mną mocniejszy ode mnie, a ja nie jestem godzien, aby schyliwszy się, rozwiązać rzemyk u Jego sandałów. Jan jest głosem, który zapowiada nadejście Słowa. Zna swoje miejsce, wie, że jest „ze względu” na Chrystusa, że to Chrystus jest powodem jego misji. Myślę, że to bardzo ważne spostrzeżenie dla każdego z nas w Kościele. Jesteśmy ze względu na Chrystusa, to On ma być głoszony i kochany przez coraz większą liczbę osób. I my musimy znać własne miejsce.

 

Nie wiemy, czy Jan zmagał się z pokusą popularności, czy nie słyszał podszeptów szatana, aby zagarnąć dla siebie tych ludzi: przecież był tak bardzo sławny. Zapewne znalazłoby się na to nawet jakieś teologiczne wyjaśnienie… Nie wiemy. Ale istnieje takie niebezpieczeństwo, że można za bardzo w siebie uwierzyć, że można z religii i Boga uczynić pewną „trampolinę” do tego, aby się wybić i zacząć głosić siebie. Trzeba być czujnym i badać serce, czy w tym wymiarze nie potrzebuję nawrócenia.

 

Dajmy prowadzić się Bożemu słowu w tym adwentowym okresie. Niech ono w nas pracuje i pomaga nam prostować ścieżki, aby gdy przyjdzie Pan, zastał nas oczekujących na Niego z nawróconym sercem i pokojem ducha.

 

 

ROZWAŻANIA ADWENTOWE: o. Sylwester Pactwa CSsR

www. slowo.redemptor.pl

 

 

PIERWSZY TYDZIEŃ ADWENTU Rok B, I

(Patronowie Adwentu: Prorok Izajasz, Święty Jan Chrzciciel, Święty Józef oraz Niepokalana Dziewica Maryja)

Ewangelia dzisiejsza jest widoczna na stronie głównej naszej str. internetowe.

 

sobota, 5 grudnia 2020

Często jesteśmy jak te owce z dzisiejszej Ewangelii: zagubieni, wyczerpani, niepokorni i bez pasterza. Szczególnie w dzisiejszych czasach, kiedy wydawać by się mogło, że wszystkie siły zła uderzają w łódź Kościoła potężnym huraganem. Mimo że każdy z nas teoretycznie jest świadomy, że Bóg jest z nami i towarzyszy nam w podróży życia, to czujemy się zagubieni. Wiemy, że za chwilę będziemy uroczyście wspominać narodziny Jezusa i wiemy doskonale, że On przychodzi, aby wyzwolić świat z opresji i lęku. Mimo to, czujemy jednak w sercu pewien niedosyt Jego obecności. Wydaje się nam, że On jest zajęty innymi sprawami, innymi ludźmi, a my nie jesteśmy już tymi najważniejszymi, na których Mu najbardziej zależy.

 

Nie uspakaja nas fakt, że to sam Bóg wyszedł z inicjatywą stania się jednym z nas, byśmy mogli o wiele łatwiej się z Nim spotkać. To właśnie Jego przyjście na świat dało nam ludziom możliwość porozmawiania z Bogiem twarzą w twarz. To właśnie Jego Boska, a zarazem ludzka obecność wśród nas umożliwiła nam zadawanie Mu pytań i dzielenie się z Nim wątpliwościami, które nurtują serce człowieka. To prawda, że ta obecność przyniosła nam wyzwolenie z ciemności grzechu i beznadziei. To prawda, że w ten sposób Pan stał się nam bliższy, można powiedzieć – bardziej „swój”. Możemy lamentować, że to było dawno i że nie mamy tej samej możliwości, co współcześni Jezusowi, by Go o coś zapytać, wyprosić cud, posłuchać Jego prostych i jednoznacznych przypowieści. Po ludzku chcielibyśmy, żeby Jezus nam wszystko jasno powiedział, wytłumaczył, dlaczego nie zawsze jest tak, jak być powinno.

 

Tymczasem to właśnie my jesteśmy dzisiaj zaproszeni, by pomóc bliźnim dostrzec miłosierne oblicze Boga. Nie ma co oglądać się na innych. Żniwo zawsze jest wielkie, robotników teraz jakby mniej i może niektórzy są zagubieni. Tym bardziej każdy z nas jest zaproszony, by wyjść do drugiego człowieka z propozycją otwarcia się na Jego miłosierdzie. To ja mam stać się tym Bożym współpracownikiem, który sprawi, że mój bliźni wróci do Kościoła, do spowiedzi św., do Komunii św. To ja mam być tym żniwiarzem, który wyjdzie na Boże posiadłości, by tworzyć konkretną wspólnotę parafialną, nie licząc na to, że może ktoś inny zrobi to za mnie, bo ja przecież nie mogę się zmęczyć.

 

Sprawa żniwa to nie tylko zadanie dla kapłanów i sióstr zakonnych. Sprawa żniwa to i moje zadanie. To trochę jak ze zbożem, które stoi gotowe do zbioru, ale nadchodzi zła pogoda. Wtedy wszystkie ręce na pokład i każdy biegnie z domu, by pomóc. Dzisiaj potrzeba nam takiej duchowej mobilizacji. Tym bardziej teraz, w czasie pandemii, kiedy szukamy wymówek, by nie schodzić z kanapy, by wszystko oglądać tylko w telewizji, sterować pilotem i przypadkiem się nie narażać. A może już czas odłożyć pilota i powiedzieć: teraz jest mój czas do działania, bo inaczej zgnuśnieję i ja, i moja rodzina, i za chwilę nie będzie czego zbierać. Potrzeba nam nowej łaski Bożej, bo zło nie daje za wygraną. Ojciec Knabit, znany benedyktyn z Tyńca, po tym jak przebył koronawirusa powiedział:

„Człowiek bez stanu łaski jest igraszką w rękach szatana, pajacykiem, którego on pociąga za sznureczki i robi z nim, co mu się̨ podoba. Niech ulubiona w Tyńcu Pani skłoni nas wszystkich do nawrócenia!”.

Nie uciekajmy więc od Boga, chociaż czasem pasterze nas denerwują i gorszą. Stańmy w zwartym szeregu i idźmy razem do pracy, bo żniwo jest wielkie, a robotników ciągle za mało.

 

ROZWAŻANIA ADWENTOWE: o. Andrzej Kukła CSsR

www. slowo.redemptor.pl

 

 

piątek, 4 grudnia 2020

Ciekawa jest dzisiejsza Ewangelia. Dwóch niewidomych szło za Jezusem i wołało, a raczej krzyczało do Niego. Czy robiliby to, gdyby nie wierzyli, że ich krzyk przyniesie jakiś skutek? Czy wystawialiby się na pośmiewisko innych, gdyby nie mieli tej wewnętrznej pewności, że w końcu Jezus ulituje się nad nimi? Może było im raźniej we dwóch, bo w tej desperacji przepełnionej zaufaniem czuli się odważniejsi. To nie była zwykła prośba. Można powiedzieć, że niewidomi postawili na jedną kartę: albo stanie się cud, albo pozostaną już tacy na zawsze. Może warto zapytać samych siebie: dlaczego nie ma w nas ochoty czy siły, by krzyczeć za Jezusem, by błagać Go o cud? Dlaczego zakładamy od razu, że nas nie wysłucha i sami tłumimy w sobie ten jeszcze tlący się ogień wiary, polewając go zimnym prysznicem zwątpienia, niewiary i braku ufności? A może przestajemy już tęsknić za tym, co Boże i święte? Jest nam wygodnie wpatrywać się tylko w to, co sprawia nam przyjemność, co nas nie kosztuje, co jest sukcesem osiąganym bezboleśnie, niewymagającym ofiar i poświęcenia. A może to nasza ucieczka, bo wydaje nam się, że mamy prawo do lepszego życia, do wolności od wszelakiej odpowiedzialności za własne czyny i po prostu dobrze nam być na swój sposób ślepymi na piękno, które proponuje Bóg.

 

Bardzo ważnym elementem w tej perykopie jest zachowanie tych dwóch niewidomych. Po pierwszeGdy Jezus przechodził, ruszyli za NimPo drugieGdy wszedł do domu, niewidomi przystąpili do Niego. Oznacza to nic innego jak ich zaangażowanie w dotarciu do Jezusa. Oni usilnie starali się z Nim spotkać. Nie było to łatwe zadanie dla kogoś, kto nie widzi i musi poruszać się w tłumie. Nie zrażali się i poszli do Jezusa. Jednak i Jezus nie czyni cudu bezwarunkowo. Zadaje im bardzo osobiste pytanie o to, czy wierzą. Dopiero po publicznym wyznaniu wiary uzdrawia ich. Można powiedzieć, że to ich wiara i jej wyznanie było tym kluczowym momentem tego niesamowitego cudu odzyskania wzroku.

 

To pytanie o wiarę Jezus kieruje do każdego z nas. Czy ja wierzę Bogu? Uwierzyć w Jego istnienie to jedno, ale zaufać, że to, co On proponuje, jest dla mnie dobre – oto prawdziwe wyzwanie. Tego, jak je podjąć, możemy uczyć się od wielu postaci biblijnych. Jakże inaczej wyglądałaby historia zbawienia bez tych, którzy zaufali bezgranicznie Bogu, wierząc, że On wie lepiej. Wspomnijmy choćby Noego, Abrahama, Mojżesza. Gdyby nie uwierzyli, że Bóg czyni cuda, to pewnie Bóg znalazłby inny sposób, by wypełnić swój plan, ale oni straciliby swoją szansę.

 

Czasem wydaje nam się, że robimy łaskę Panu Bogu, że w Niego wierzymy. Tymczasem jest niejako odwrotnie – to On daje nam łaskę, nadając naszemu życiu sens (choć czasem możemy tego nie widzieć, bo nie realizują się nasze plany). Być może wynika to z tego, że przyzwyczailiśmy się już do naszej ślepoty i jest nam z nią po prostu dobrze.

 

ROZWAŻANIA ADWENTOWE: o. Andrzej Kukła CSsR

www. slowo.redemptor.pl

 

 

czwartek, 3 grudnia 2020

Dzisiejsza Ewangelia jest nam dobrze znana choćby z uroczystości zawarcia sakramentu małżeństwa. Ileż to razy słyszeliśmy, że naszą skałą jest sam Chrystus, a nasze życie jest tym symbolicznym domem, który budujemy przez całe życie? Czasem oglądamy w telewizji zdjęcia z terenów, gdzie przechodzą huragany czy obfite ulewy. Zdarza się, że budynki czy nawet całe osiedla zostają zniszczone jak klocki Lego i spływają do rzeki. Wtedy dziwimy się, jak można było budować dom w tak nieracjonalnym miejscu. Nie zawsze jest to tylko brak rozumu i planowania.

 

My także mamy zbudować dom, który pięknie nazywamy naszym życiem. Dzisiejsza Ewangelia przypomina nam, że nie warto budować byle jak. Ogromne znaczenie ma to, na jakim podłożu, na jakim fundamencie chcemy budować. Przypowieść z Ewangelii daje nam dwie skrajne możliwości: budowanie na solidnej skale albo na piasku, który jest niestabilny. Dla nas ludzi ochrzczonych i przyznających się do Jezusa to On jest tą solidną skałą, na której powinniśmy budować. Dla każdej konstrukcji ważne jest, aby nie straciła pełnego kontaktu z fundamentem. Jeśli budynek zaczyna odrywać się od fundamentu, to przez jakiś czas jeszcze postoi, ale przy pierwszej ulewie rozpadnie się na części. Tak jest i z naszym życiem. Często zdarza się, że powoli tracimy kontakt z Fundamentem, z podporą naszego życia – czyli z Bogiem. Spoglądamy na innych, którym czasem wiedzie się lepiej, choć w Niego nie wierzą. Wtedy szatan zasiewa w naszych sercach wątpliwość, zniechęcenie i brak ufności. Rodzi się w nas wtedy pytanie: Czy warto się trudzić? Czasem do głosu dochodzi lęk o to, co inni o mnie pomyślą, czy nie będę w mniejszości w moim miejscu pracy, czy nie stanę się trochę takim „brzydkim kaczątkiem”. Przecież tyle koleżanek i kolegów buduje po swojemu, żyją bez ślubu, mają wolny czas przez całą niedzielę, nie muszą być wierni przyrzeczeniom małżeńskim, zdobywają pieniądze w dużo łatwiejszy, choć nie zawsze uczciwy i moralny sposób. Zaczynamy kombinować i budować po swojemu, bo wydaje się nam, że będzie lepiej, może prościej i bez większych wyrzeczeń. Jednak po chwilach radości, po życiu w iluzji szczęścia zaczynamy zastanawiać się, czy ta nasza konstrukcja życiowa wytrzyma. Czy nie rozpadnie się od pierwszej burzy? Izajasz zaprasza nas, byśmy otworzyli bramy naszego miasta, naszego serca. Ci, którzy zaufali Panu i otworzyli bramy, zostaną obdarzeni błogosławieństwem. Nie bez przyczyny święty papież Jan Paweł II wołał na początku swojego pontyfikatu: „Otwórzcie drzwi Odkupicielowi!” Izajasz pokazuje nam i drugą opcję: położone na szczytach miasto, które jest zamknięte, niedostępne. Symbolizuje ono człowieka, który nie chce się otworzyć na Boże działanie.

 

Budowa domu to także troska o najbliższych. Czas pandemii pokazał wielu z nas prawdziwe relacje panujące w naszych rodzinach. Od ogromnej miłości wzajemnej, poprzez tęsknoty za kimś, po niewypowiedziane żale i bolączki. Wielu z nas uświadomiło sobie, że z powodu maratonu zawodowego nie potrafimy czasem budować właściwych relacji z naszymi najbliższymi, a więc z tymi, których kochamy. Może niektórzy dopiero teraz uświadomili sobie, że budowali swój dom na piasku. Dzisiaj jest też pierwszy czwartek miesiąca. Pomódlmy się za kapłanów i o nowe powołania kapłańskie i zakonne, by nie zabrakło tych, którzy pomagają nam w budowaniu naszych trwałych fundamentów.

 

ROZWAŻANIA ADWENTOWE: o. Andrzej Kukła CSsR

www. slowo.redemptor.pl

 

 

środa, 02 grudnia 2020

Jezus pokazuje się uczniom jako prawdziwie zatroskany o tych, którzy Go słuchają. Ale czy nie wydaje się nam dziwne, że dopiero po trzech dniach zauważa, że ludzie są głodni, że są zmęczeni i że mogą ustać w drodze do domu? Pewnie widział to i wcześniej, ale dlaczego nie reagował? Może czekał, aż Go poproszą o pomoc, może wystawiał ich na próbę? Przecież okazał im już to, po co do Niego przyszli. Uzdrowił chorych, okazał miłosierdzie, przebaczył winy… A tu jeszcze taki bardzo przyziemny problem jedzenia. O co naprawdę chodzi Jezusowi? Czy chodziło tylko o głód fizyczny?

 

Zapewne nie tylko. Współczesny człowiek nie tyle jest głodny chleba fizycznego, ile odczuwa inny głód i inne tęsknoty. Czasem potrzeba mu współczucia, czasem przebaczenia, czasem miłości i zrozumienia drugiego człowieka. Najczęściej jesteśmy głodni, ale lubimy oszukiwać się, że wszystko jest w porządku. Oszukujemy siebie, że jesteśmy syci, ale tak naprawdę jesteśmy głodni wielu rzeczywistości. Zapewne niewielu przyzna się, że brakuje im Chleba Eucharystycznego, czyli samego Jezusa. Zapewne trudno im będzie nawet określić bardziej precyzyjnie, czego im brak. Jednak Bóg doskonale to wie i chce wyjść do nas z pomocą. Oczekuje jednak naszej współpracy, naszego zaangażowania. Pyta tak samo, jak zapytał uczniów: co masz, abym mógł ci pomóc? Jezus pyta mnie osobiście: co masz, abym mógł to zwielokrotnić? Będąc wszechmogącym Bogiem, nie potrzebuje On niczego, by dokonać cudu rozmnożenia, ale chce, by człowiek dał coś od siebie. Tylko wtedy docenimy to, co Jezus zrobił dla nas. Poprzez ten cud Jezus pokazał swoim uczniom, że jeśli człowiek chce współpracować z Bogiem, to On uczyni o wiele więcej i pokaże swoją hojność.

 

Dzisiejszy człowiek jest głodny także prawdziwych wartości. Tyle mówi się o wolności od czegoś, ale nie mówi się o odpowiedzialności za drugiego.

 

Jakże często jesteśmy zadowoleni z siebie, ze swojego wygodnie i bezpiecznie uporządkowanego świata. Niestety, często ten porządek i to bezpieczeństwo stworzone przez nas nie współbrzmi z Bożym porządkiem. To świat dzisiejszego człowieka, który mówi, że wszystko od niego zależy i jest sam dla siebie panem życia i śmierci. A potem okazuje się, że w tym naszym świecie znaleźliśmy się na pustyni, gdzie do wszystkiego jest daleko. Do domu daleko, do sklepu daleko, do ukochanej osoby daleko, do przebaczenia sobie i innym daleko, do konfesjonału daleko. Jedynym sensownym powrotem z tej pustyni w naszym życiu jest zaufanie Jezusowi i skorzystanie z Jego pomocy. To On daje nam chleb, a właściwie daje nam siebie, byśmy mogli wrócić do normalności, do rodziny. Iluż to ludzi dopiero przez zawirowania związane z pandemią zrozumiało, czym jest dla nich rodzina, więź z bliskimi, praca. Iluż to nie mogło się nawet pożegnać z ukochaną osobą, która umierała odizolowana w szpitalu z powodu wirusa. Może i sami nie mogliśmy pojechać do najbliższych z obawy, by ich nie zarazić. Iluż to dopiero wtedy zrozumiało, jak daleko zapędziło się na pustynię, zapominając wziąć ze sobą ten Boski pokarm, by nie ustać w drodze.

 

ROZWAŻANIA ADWENTOWE: o. Andrzej Kukła CSsR

www. slowo.redemptor.pl

 

 

wtorek, 01 grudnia 2020

Szczęśliwe oczy wasze, że widzą to, co wy widzicie... (Łk 10, 23)

 

Wzrok i słuch są to dary, które mają nas prowadzić przez życie. Ileż to razy zdarzyło się nam, że byliśmy świadkami jakiegoś wydarzenia, które ktoś potem opisywał zupełnie inaczej. I jakie było nasze zdziwienie, kiedy ta osoba albo dostrzegła to, czego myśmy nie widzieli, albo nie dostrzegła tego, co dla nas wydało się ważne. Można patrzeć, a nie widzieć, można słuchać, a nie słyszeć. Odnosi się to nie tylko do tego, co postrzegamy na zewnątrz, ale także do naszego życia duchowego. Sto razy jesteśmy głusi i ślepi na to, co nam przedstawia sam Pan Bóg. Udajemy, że nie widzimy i nie słyszymy, bo tak jest nam wygodnie. Bóg zaprasza nas do tego, aby być wrażliwym na znaki czasu. Bóg daje nam zmysły do tego, byśmy jeszcze bardziej rozkochali się w Nim i chcieli iść Jego drogą.

 

Kiedy Abram dostał nowe imię – „Abraham”, otrzymał jakby bonus. Dodatkowa litera „h” może oznaczać także liczbę pięć. To pięć dodatkowych zmysłów, w tym: otwarte oczy, otwarte serce i światły umysł skierowany na to, by słuchać Pana Boga, by Go rozumieć.

 

Każde nasze uczestnictwo we Mszy Świętej, każde nasze spotkanie z Jezusem w kościele powoduje, że doświadczamy Go w wielu wymiarach. To nie tylko zapach kadzidła, piękna muzyka organowa, a czasem i zimny kościół, ale przede wszystkim doświadczenie obecności wspólnoty, w której centrum jest sam Jezus. To prawda, że w tym roku większość z nas nie mogła chodzić jak zwykle do swojego parafialnego kościoła ze względu na pandemię. Niemało osób z tego powodu cierpiało i cierpi nadal. Jednak dla wielu pandemia stała się wymówką, kolejnym powodem, by odejść od Jezusa, by omijać tę ścieżkę, która prowadzi nas na spotkanie z Bogiem.

 

O słuch i wzrok trzeba dbać. To, czym się karmimy, ma ogromny wpływ na to, jacy jesteśmy. To, czego słuchamy, co oglądamy i czytamy, kształtuje naszą świadomość i nasze serce. Często wiemy, że coś nas prowadzi do grzechu, a mimo to jesteśmy od tego uzależnieni, szukamy tego. To prawda, że to, czym się fascynujemy, zmienia nasze spojrzenie na siebie samych i na innych. To z kolei sprawia, że tracimy zdolność autokrytycyzmu i zaczynamy wytykać innym to, co nas denerwuje w nas samych. Stajemy się ślepi i nie widzimy tego, co piękne.

 

Pierwsze czytanie z Księgi Izajasza zapowiada nam przyjście króla Dawida, który był synem Jessego. Wraz z tą zapowiedzią dana jest obietnica, że to właśnie na Nim spocznie duch Pański, duch mądrości i rozumu, duch rady i męstwa, duch wiedzy i bojaźni Pańskiej (Iz 11, 2). Mowa tu o darach Ducha Świętego, które otrzymujemy w czasie sakramentu bierzmowania. Nie tylko Dawid jest zaproszony do działania zgodnie z Duchem Pańskim. Każdy z nas jest zaproszony, by nie wyrokować z pozorów i pogłosek, by sprawiedliwość była nam pasem na biodrach, a wierność przepasaniem lędźwi. Nie czekajmy, aż ktoś zrobi to za nas, zacznijmy zmieniać świat od siebie. Papież Franciszek daje nam konkretną wskazówkę: „Nie marnujmy życia, myśląc tylko o sobie”.

 

ROZWAŻANIA ADWENTOWE: o. Andrzej Kukła CSsR

www. slowo.redemptor.pl

 

 

poniedziałek, 30 listopada 2020 

Świętego Andrzeja, Apostoła – święto

Za imieniem św. Andrzeja, kryje się głębokie przesłanie – przesłanie wiary, która ma zaowocować w naszym życiu żywą relacją z Jezusem Chrystusem. Przyjrzyjmy się w dzisiejsze wspomnienie liturgiczne postaci św. Andrzeja i przesłaniu, jakie nam niesie.

Pierwszy powołany – tak możemy powiedzieć o św. Andrzeju po lekturze Ewangelii św. Jana. Był człowiekiem poszukującym, który podzielał nadzieje Izraela, który chciał z bliska poznać słowo Boga. Był prawdziwie człowiekiem wiary i nadziei. To on, jako uczeń Jana Chrzciciela, odkrył w swoim sercu, że Jezus jest tym, który miał przyjść. Odkrył, że jest On Mesjaszem, Barankiem Bożym, na którego wskazał Jan. Poszli więc i zobaczyli, gdzie mieszka, i tego dnia pozostali u Niego (por. J 1, 39).

 

Prowadzący innych do Chrystusa. Andrzej bardzo szybko stał się prawdziwym apostołem Chrystusa. I choć jako pierwszy powołany nie odgrywał później najważniejszej roli w gronie apostołów, to od początku wierzył w to i doskonale wiedział, że musi innych prowadzić do Chrystusa. To on przyprowadził do Jezusa swojego brata Szymona, a potem, podczas trwania jego misji apostolskiej, przyprowadził do Jezusa wielkie rzesze ludzi. 

Gorliwy apostoł aż do śmierci męczeńskiej. Był rybakiem, bratem Szymona Piotra, uczniem Jana Chrzciciela a potem apostołem Chrystusa. Andrzej był przy boku Pana, gdy dokonywał On pierwszego cudu w Kanie Galilejskiej. Andrzej był tym, który przedstawiał Jezusowi prośbę Filipa o dopuszczenie pogan, aby i oni mogli ujrzeć Pana.

 

Jednak o wiele większą, żywą pamięć o tym apostole zachowała tradycja Kościoła i literatura pozabiblijna. Według niej, po zesłaniu Ducha Świętego apostoł Andrzej udał się do dzikiej Scytii, położonej nad morzem Czarnym i Kaspijskim. Zdziałał tam wiele cudów – uzdrawiał chorych, uwalniał opętanych i wskrzeszał zmarłych. Po zasianiu ziarna Bożego słowa, przeniósł się do Kolchidy, Tracji, aż wreszcie dotarł do Patras w Grecji, gdzie założył gminę chrześcijańską. Jest uważany za apostoła Wschodu. 

O wierności do końca Jezusowi Chrystusowi mówi nam zawarty w apokryfach opis jego męczeńskiej śmierci: „O święty, najdroższy, upragniony krzyżu, zabierz mnie stąd i oddaj Panu i Mistrzowi memu, aby mnie tak przyjąć raczył, jak mnie przez ciebie zbawił"; po czym ucałował święty znak zbawienia i oddał się w ręce siepaczy.

 Jego śmierci na krzyżu, według tradycji, przyglądało się dwanaście tysięcy osób. Gdy zaś konał, pojawiła się nad nim zadziwiająca jasność. Po jego śmierci wielu ludzi się nawróciło i przyjęło wiarę w imię Chrystusa.

 

 Prośmy dzisiaj św. Andrzeja apostoła, aby pomagał nam iść w naszym życiu za Jezusem z gotowością, by mówić o Nim tym, których spotykamy na drodze naszego życia, a przede wszystkim pielęgnować relację prawdziwej zażyłości z Chrystusem. Bo tylko w Nim możemy znaleźć ostateczny sens naszego życia i naszej śmierci.

 

ROZWAŻANIA ADWENTOWE: o. Rafał Nowak CSsR

www. slowo.redemptor.pl

 

 

niedziela, 29 listopada 2020

Pierwszym słowem „kluczem” (w codziennych adwentowych rozważaniach), które wybrzmiewa w dzisiejszej Ewangelii, jest czuwanie. Przytoczmy więc całość Ewangelii:

Uważajcie, czuwajcie, bo nie wiecie, kiedy czas ten nadejdzie. Bo rzecz ma się podobnie jak z człowiekiem, który udał się w podróż. zostawił swój dom, powierzył swym sługom staranie o wszystko, każdemu wyznaczył zajęcie, a odźwiernemu przykazał, żeby czuwał.

Czuwajcie więc, bo nie wiecie, kiedy pan domu przyjdzie: z wieczora czy o północy, czy o pianiu kogutów, czy rankiem. By niespodzianie przyszedłszy, nie zastał was śpiących. Lecz co wam mówię, do wszystkich mówię: Czuwajcie!

(Mk 13, 33-37).

 

Czuwanie to postawa bardzo aktywna, choć, paradoksalnie, nie musi wymagać od nas dużej aktywności fizycznej. Ważne jest jednak, by zauważyć najpierw, że nie jest to czuwanie dla samego czuwania. Czuwanie związane jest z nadzieją, z czymś (kimś), co (kto) ma nadejść. Zapewne jest to doświadczenie wielu z nas. Oczekiwanie, zmaganie się ze zmęczeniem, aby nie zasnąć, aby nie przespać jakiegoś ważnego momentu. Czy to w podróży, czy to przy łóżku chorej osoby, czy to oczekując powrotu ukochanej osoby. Powodem bardzo często jest miłość do drugiego człowieka oraz odpowiedzialność za własne słowa i złożone obietnice. Oczywiście, ta postawa jest związana z wewnętrzną walką ze zmęczeniem i snem. To niejako stawianie oporu naszemu ciału, które zaprasza nas do tego, by sobie „odpuścić”, by zasnąć.

 W teologii biblijnej „czuwać” znaczy dosłownie „odmawiać sobie snu podczas nocy”. 

 

Przykład ze świata maszynistów. Prowadząc pociąg, mają oni przed sobą w lokomotywie specjalny przyrząd, tzw. „czuwak”. To przycisk, który maszynista jest zobligowany wcisnąć mniej więcej co 60 sekund, aby potwierdzić, że zachowuje kontrolę nad sobą i nad prowadzonym pojazdem. Można w pewnym sensie użyć takiej analogii, że również w życiu duchowym potrzebujemy takich „czuwaków”, takich momentów, w których walczymy ze zniechęceniem. Kościół przychodzi nam tutaj z wielką pomocą.

 

Jezus wzywa nas dzisiaj do przyjęcia właśnie postawy czuwania, aby nie przespać Jego nadejścia. Okres Adwentu, który rozpoczynamy, ukazuje nam tę konieczność. Adwent mówi nam, że świat, na którym żyjemy, i jego historia mają również swój kres; że człowiek ma swój kres. Ale ten kres związany jest z nadejściem Pana, którego należy oczekiwać, zatem trzeba czuwać. Oczywiście, oczekiwanie to nie ma być przepełnione lękiem, lecz ma mieć coś z wyczekiwanego spotkania z ukochaną osobą. Miłość właśnie staje się tą mocą, która pozwala przezwyciężyć przeciwności czuwania.

 

Stąd też w naszej katolickiej tradycji zwykliśmy podejmować różne praktyki, które dopomogą nam w czuwaniu. Aby wymienić tylko niektóre, jest to na pewno uczestnictwo w mszach roratnich, które wymagać będzie od nas zmagania się ze snem, wcześniejszego wstawania i czuwania. Taką praktyką mogą być różne wyrzeczenia, po to, aby być bardziej skoncentrowanymi w wyczekiwaniu na przyjście Pana. Ktoś może również potraktować bardzo dosłownie wezwanie do czuwania i spędzać godziny nocne na modlitwie (np. liturgia godzin przewiduje taką możliwość, aby noc z soboty na niedzielę przeznaczyć na rozszerzoną modlitwę psalmami). Oznaką czuwania bez wątpienia jest unikanie grzechu, trzymanie się na baczności wobec codziennych pokus. Z drugiej zaś strony czuwaniem będzie powstawanie z grzechów, korzystanie z sakramentu pokuty: grzech bowiem sprawia, że człowiek staje się ospały, niezdolny do czuwania, skoncentrowany na sobie.

 

Chrześcijanin znajduje więc bardzo wiele momentów w swoim życiu, w których może przyjmować postawę czuwania. W okresie Adwentu słowo Boże będzie nam bardzo obficie mówiło o tej rzeczywistości. Wspominając dzieje Izraela, który wyczekiwał Mesjasza, również i my wzbudźmy w sobie to pragnienie: tak, potrzebujemy Zbawiciela! Potrzebujemy, aby objawiła się Boża moc w naszym życiu, abyśmy zostali wybawieni z naszych osobistych niewoli. Dlatego chcemy czuwać, dlatego chcemy się przygotować do nadchodzących świąt. Żyjąc w tym świecie, z utęsknieniem oczekujmy Jezusa. Doświadczając upływającego czasu, dajmy się nieść poprzez wspaniałe życie Kościoła, celebrowane w obchodach roku liturgicznego.

 

ROZWAŻANIA ADWENTOWE: o. Sylwester Pactwa CSsR

www. slowo.redemptor.pl

 


Zdjęcia

Trzech Króli

Szopki Bożonarodzeniowe

Używamy plików cookies Ta witryna korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności i plików Cookies .
Korzystanie z niniejszej witryny internetowej bez zmiany ustawień jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików Cookies. Zrozumiałem i akceptuję.
58 0.06535005569458